poniedziałek, 28 lutego 2011

TAG The Versatile Blogger

Zostałam otagowana przez dziewczyny:

http://vexgirl.blogspot.com/
http://kosme-tiki.blogspot.com/
http://beauty-is-prison.blogspot.com/
http://aboutlillamy.blogspot.com/
http://kobietamowi.blogspot.com/


Bardzo dziękuje za wyróżnienie!:) Jest mi niezmiernie miło, że ktoś dostrzegł i docenił takiego świeżaka w blogowaniu jak ja;) Jeszcze raz serdecznie dziękuje:*


Oto zasady zabawy:
1. Podziękuj i napisz adres bloga, który wręczył Ci nagrodę.
2. Napisz siedem faktów o sobie.
3. Podaj siedem blogów na które najczęściej i najchętniej wchodzisz .
4. Powiadom te blogi o wygranej.


7 faktów o mnie:

1. Kocham czytać książki. Im grubsze tym lepsze:)

2. Uwielbiam gotować i piec. Dużo szperam po sieci w poszukiwaniu nowych przepisów, śledzę też blogi kulinarne.

3.Bardzo interesuje się dietami i zdrową żywnością.

4. Mój ulubiony kolor to czerwony

5. Uwielbiam kosmetyki kolorowe. Szczególnie cienie, szminki, róże i bronzery.

6. Uwielbiam oglądać amerykańskie seriale.

7. Jednym z moich ulubionych filmów jest "Pamiętnik"


A teraz czas na blogi:)

Wszystkie blogi które obserwuje są moim ulubionymi, ale jeżeli miałabym wymienić 7 (oczywiście poza tymi które mnie wytypowały-je także uwielbiam i chętnie dorzuciłabym je do tej 7;)) to:

http://polishmakeupbag.blogspot.com/
http://myfaveyeshadowatemybrain.blogspot.com/
http://cosrocewokowpadnie.blogspot.com/
http://anahstasia.blogspot.com/
http://no-to-pieknie.blogspot.com/
http://sweet-and-punchy.blogspot.com/
http://oczy-osy.blogspot.com/

Pozdrawiam

sobota, 26 lutego 2011

Oriflame Pure Colour Vintage Rose

Szminek Oriflame nie miałam chyba nigdy.

Dlatego wydatek ok 10zł na tę szminkę wydał mi się dobra okazją do przetestowania pomadek  marki Oriflame. Wybrałam szminkę w odcieniu Vintage Rose. 

Szminka jest w okropnym, starodawnym opakowaniu. Ten plastik może nie wytrzymać dłuższego użytkowania tzn. sama szminka może go przeżyć;) 
Po prostu to opakowanie nie za dobrze reprezentuje produkt , który skrywa w swoim wnetrzu;) 

Pomadka ma przepiękny kolor. Niemal identyczny z Catrice Absolute Moisture Gentle Nude. Jednak  po bliższym przyjrzeniu się i porównaniu obu szminek, mozna zauważyć że Vintage Rose ma więcej pigmentów o ciepłym odcieniu. Ale na pierwszy rzut oka są do siebie łudząco podobne. Kolor jest naturalny, idealny na co dzień. Świetnie podkreśla  naturalny kolor ust. 

Szminka ma delikatny, nienachalny zapach, taki trochę typowo "szminkowy".
Konsystencja jest świetna. Lekka, nieco żelowa, ale jednocześnie kremowa-bardzo dobrze nakłada się na usta. Wydaje mi się że przez tą żelowo-kremową konsystencję szminka pokrywa usta delikatna warstwą koloru. Więc żeby uzyskać naprawdę mocny efekt kilka razy trzeba potraktować usta ta szminką;)
Pomadka niestety nie utrzymuje się długo na ustach. Można powiedzieć że jest średniej trwałości. Ale nie wysusza ust i pozostawia je miękkie. Przyjemnie się ja nosi i nie ma smaku który by przeszkadzał.

Jestem mile zaskoczona ta szminką. Nie spodziewałam się po niej wiele, a teraz stała się moja ulubienicą i codziennie jej używam. Ciesze sie że znalazłam odpowiednik wcześniej wspomnianej pomadki Catrice, którą uwielbiam i która niestety zostaje wycofana.


czwartek, 24 lutego 2011

Inglot 428 Pearl- cień kameleon

Inglot 428 Pearl to cień kameleon.

Był jednym z dwóch cieni, za pomocą których zrobiłam kreskę w poście o cieniu Sephora Hawaiian Beach, A dokładniej-tym kolorem zrobiłam jaskółkę.

Odcień ten , wpadł mi w ręce całkiem przypadkowo. Szukałam cienia w "jeansowym" kolorze. I właśnie ten po długim postoju i wnikliwej analizie przy stole Inglota wydał mi się idealny. I ku mojemu zaskoczeniu stał się moim ulubieńcem. Jednym z wielu zresztą;) 

Cień jest świetnie napigmentowany, ma dosyć gęsta konsystencję, tzn. trzeba jednak trochę uważać żeby sobie nim plamy nie zrobić. Nie problemu z nakładaniem cienia na pędzel.

Co do koloru- moim zdaniem absolutny must have, po prostu perełka Inglota.

Kolor cienia zmienia się wraz ze zmianą światła. Przechodzi od niemalże czerni przez granat do pieknego , nasyconego błękitu. Najczęściej wykorzystuje go do robienia nim kresek na górnej i dolnej powiece i muszę nieskromnie przynac że nieraz pytano mnie co to za  niespotykany cień mam na powiekach;)

Z trwałością tego cienia jest różnie. Jeżeli przesadzi się z jego ilością-może odbić się pod łukiem brwiowym. Ale mnie zdarzyło się to tylko raz, więc nie sadzę żeby to był jakiś większy problem. Ogólnie-na bazie cień wytrzymuje cały dzień, ale niestety może nieco blaknąć. Ale te małe wady, rekompensuje mi piękny i niespotykany kolor tego cienia.



wtorek, 22 lutego 2011

Beże i brązy-cienie Inglot

Cienie Inglot należą do moich faworytów.

Ich jakość i paleta kolorystyczna dorównuje tak drogiej u nas w Polsce firmie MAC.
Najlepiej jest kompletować paletkę niż kupować cienie w formie pojedynczej. Jest to rozwiązanie tańsze i dużo wygodniejsze. Ja mam paletkę na 10 okrągłych cieni, ale nie trzymam tam tylko tych z Inglota. Mam tam też cienie KOBO i MAC. Wszystkie pasują i trzymają się bez problemu.

Z kolorów neutralnych mam 4 cienie Inglot: 110 AMC Shine, 393 Pearl, 461 Double Sparkle, 360 Matte.

 
Inglot 110 AMC Shine-jasny, śmietankowy cień ze złotymi drobinkami. Świetny zamiennik Vanilla MAC. Idealny do rozświetlania wewnętrznego kącika i łuku brwiowego. Bardzo ładnie rozświetla i powiększa oko. Jest to najczęściej używany przeze mnie cień Inglota.
Inglot 393 Pearl-w opakowaniu ma troszkę mylący pomarańczowy kolor, bo ten odcień nie za wiele wspólnego ma z oranżem. Jest to podobno zamiennik Shroom MAC, jednak 393 jest w nieco bardziej chłodnym odcieniu. Kupiłam go w celu używania na cała powiekę, jednak jest na to za jasny. Używam go podobnie jak nr 110 jako rożswietlacza kącika wewnętrznego i łuku brwiowego. Cień ładnie rozświetla, daje subtelniejszy, delikatniejszy efekt w porównaniu z Inglotem 110.
Inglot 461 Double Sparkle-kolor kawy z mlekiem z delikatnymi złotymi drobinkami. Nie wiem dlaczego jest to odcien przeze mnie ostatnio zaniedbany. Ale chetnie do niego wrócę. Używam go w załamaniu powieki lub czasami na dolnej powiece zaraz przy linii rzęs.
Inglot 360 Matte-kolor czekoladowy, ciemny brąz. Jest to najbardziej napigmentowany cień z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia. Z jednej strony to ogromna zaleta, bo jest bardzo wydajny, ale z drugiej trzeba uważać żeby nie zrobić sobie nim plamy. Bardzo go lubię, używam go w załamaniu powieki, przy linii rzęs na dolnej powiece i jako eyelinera na górna powiekę.

Cienie Inglot zajmują bardzo wysokie miejsce w mojej kosmetyczce. Najczęściej sięgam właśnie po nie. Są świetnie napigmentowane, bardzo trwałe i pięknie się nimi cieniuje. Mam jeszcze kilka miejsc wolnych w paletce, ale chyba wkrótce się to zmieni. Bardzo polecam cienie Inglota-to taki nasz krajowy MAC:)




piątek, 18 lutego 2011

MAC Brule

Cienie MAC kuszą mnie nie od dziś.
Jako że od dawna nie mogę kupić sobie idealnego, cielistego a jednocześnie matowego cienia zdecydowałam się na MAC-owego Brule. 

Padło na wkład. Wkłady są tańsze o 20 zł od cieni w pojemniczkach. A że próbuje zapełnić beżo-brązami paletkę Inglota wybór pomiędzy wkładem a cieniem w pojemniczku był prosty. Wkład opakowany jest w tekturową kopertę. Co wydaje mi się bardzo fajnym rozwiązaniem-takim bardziej eko;) Jednak kupując ten cień obawiałam się że nie będzie mi chciał siedzieć w paletce Inglota-tzn że będzie z niej wypadał. Ku mojemu zaskoczeniu cień mocno się trzyma paletki i pasuje do niej idealnie.

Kolor cienia (Brule) to taki typowy matowy cielak w odcieniu skóry. Pigmentacja świetna. Konsystencja również-idealnie nabiera się go na pędzel i rozprowadza po powiece. Nie zbiera się w załamaniach i prezentuje się nienagannie cały dzień. Jest to cień którego szukałam już od bardzo dawna. 
Jest to mój pierwszy cień tej firmy i chyba nie będzie ostatnim;) Mimo dosyć wysokiej ceny, obawiam się że więcej cieni MAC zagości w mojej paletce. W końcu jestem zadowolona, bo mam cień ,który jest idealnie w kolorze mojej skóry, no może delikatnie ja rozjaśnia. Polecam!



poniedziałek, 14 lutego 2011

Moje pędzle Maestro

Do makijażu oczu używam 5 pędzli. W planach mam jeszcze pędzelek do eyelinera. 
Prawie wszystkie pędzle to pędzle firmy Maestro,a jeden pędzel to "kulka" z Inglota.
Maestro 497/12-pędzel do blendowania, porównywalny do słynnego rozcieracza  MAC nr. 217. Włosie naturalne, białe nieco sztywne. Niektórzy narzekają że pędzelek kłuje skórę powiek. Ja tego nie zauważyłam. Owszem, jest sztywny ale ja uważam to za jego plus. Pędzel genialnie miesza i rozciera cienie. Świetny!
 
Maestro 320/10-pędzelek płaski, języczkowy do nakładania cieni na całą powieki. Wykonany z włosia naturalnego. Mięciutki, bardzo dobrze nakłada cienie. Uważam,że rozmiar 10 jest w sam raz.
Maestro 360/10-płaski pędzelek podobny do języczkowego jednak jest krótszy, bardziej zbity, sztywniejszy i gęstszy. Również wykonany z naturalnego włosia. Idealny do nakładania rozświetlacza pod łuk brwiowy i w kącikach oczu. Bardzo dobrze się sprawuje przy rozcieraniu np kredki przy krawędzi powieki, lub do nakładania punktowo cienia przy rzęsach.
Inglot 8OHP-pędzel "kuleczka". Naturalne, czarne włosie. Mięciutki i gęsty. Idealnie nadaję się do nakładania cienia w załamaniu powieki oraz do nakładania rozświetlacza pod łuk brwiowy i w kącikach oczu.
Maestro 360/6-pędzelek-maluszek. Jeden z moich ulubieńców. Idealnie nakłada i rozciera cienie przy brzegu powieki. Pozwala na stworzenie cieniem kreski "jaskółki" na górnej powiece. Super!
Pędzle Maestro są świetnej jakości. Są naprawdę porządnie i starannie wykonane. Cieniuje się nimi genialnie-można powiedzieć, że te pędzle po prostu same malują:) Pędzel z Inglota mam jeden ale róznież sobie go chwalę. Pędzle bardzo dobrze znoszą mycie. Rączki są odpowiednio wyprofilowane, doskonale leżą w dłoni. Nie mam im nic do zarzucenia-polecam!



sobota, 12 lutego 2011

Estee Lauder Bronze Goddess


Estee Lauder Bronze Goddess Soft Shimmer Bronzer to aktualnie mój ulubiony puder brązujący. Od zawsze seria Bronze Goddess był obiektem moich zachwytów. Bardzo lubię taki styl w makijażu (szczególnie letnim) jaki jest promowany na plakatach reklamujących te serie kosmetyków Estee Lauder, czyli plażowy wygląd w kolorach złota i brązu.
Puder znajduje się w plastikowym kompakcie, dosyć sporym większym niż normalny rozmiar pudru-zawiera 21g bronzera w opakowaniu. Kompakt ma miedziany metaliczny kolor, z złotymi kołami na górze i napisem Bronze Goddess. W środku znajduję się spore lusterko. Opakowanie ładne i proste ale spodziewałam się czegoś bardziej efektownego. Ale trzeba przyznać, że opakowanie bardzo dobrze chroni puder.
Dołączony pędzel nie jest idealny do aplikacji pudru. Włosie ma miłe i miękkie, ale jego płaski kształt nieco utrudnia perfekcyjne nakładanie pudru. Jednak w podroży jest to idealne rozwiązanie, bo pędzelek mieści się w kompakcie i nie musimy zabierać ze sobą osobnego pędzla.
Mam wersję Soft Shimmer, czyli ze złotymi drobinkami. Złoty pyłek w pudrze jest dokładnie zmielony, nie są to ogromne kawałki brokatu. Bronzer nie uczula, ma delikatny zapach, nieco różany Sam puder ma świetny odcień- czekolady mlecznej ze złotym tonem. Nie jest to absolutnie pomarańcz tylko właśnie kolor złoty. Na skórze prezentuje się cudownie, twarz wygląda na zdrową, świeża i leciutko opaloną. A zawarte drobinki nie są widoczne na skórze, jednak dodają takiego "glow".  Można go też nakładać na ciało np. dekolt czy ramiona-szczególne w lecie na delikatnej opaleniźnie wygląda świetnie i ją podkreśla.  Puder nakłada się łatwo, ciężko zrobić nim plamę. Jest dosyć trwały, jednak zależy to głównie od podkładu i pudru jaki mamy na twarzy. Co zaskakujące jest ogromnie wydajny! Używam go już rok a zużycia nie widać. Ciągle wygląda jak nowy.
Zdecydowanie polecam ten bronzer! Jest to na te chwilę mój absolutny numer 1. Jednak jest jeden jego minus-zachęca do przyjrzenia się bliżej całej kolekcji Bronze Goddess:)

środa, 9 lutego 2011

Sephora Hawaiian Beach

Cienie Sephory zawsze omijałam. Wydawało mi się że wydatek ok 40zł na to przesada gdy można kupić tańsze cienie i być może lepszej lub porównywalnej jakości. Jednak kilka miesięcy temu w Sephorze, cienie pojedyncze były w promocji i można było je kupić za 10zł. Takiej okazji nie mogłam zaprzepaścić;)
Wybrałam cień  Hawaiian Beach. Jest to piękny odcień starego złota. Kolor idealny na lato, bo cudownie podkreśla opaleniznę. Na oku tworzy jakby taflę,. Ładnie załamuję się na nim światło.-dlatego Hawaiian Beach sam na powiece sprawia wrażenie perfekcyjnie wycieniowanej powieki. Cienie nie uczulają, są bezzapachowe. Opakowanie  wygodne i solidne, jedyne zastrzeżenie mam do etykiety na spodzie opakowania która w ekspresowym tempie się ściera po prostu leżąc w kosmetyczce lub ocierając się o inne kosmetyki. Cień jest świetnie napigmentowany i ma ciekawą konsystencję, która świetnie przylega do oka. Jest bardzo wydajny, niewiele cienia potrzeba aby pokryć całą powiekę. Cieniuje się świetnie. Na bazie KOBO spokojnie wytrzymują w bardzo dobrym stanie cały dzień. Kolor jest na tyle uniwersalny że można go łączyć z różnymi barwami. Ja uwielbiam łączyć go z granatem, błękitem, fioletem.
Sephora zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Na pewno zdecyduję się na zakup kolejnych kolorów. Niestety minusem jest krótka trwałość tych cieni tj. ok 6 miesięcy.

A tu wrzucam mu dzisiejszy makijaż oka, właśnie z cieniem Hawaiian Beach:) Niestety aparat "zjadł" ciemniejsze tony:(


niedziela, 6 lutego 2011

Moje cienie KOBO

Kosmetyki KOBO pojawiły się w Naturach stosunkowo nie tak dawno. O tej marce mówi się, że jest konkurentem Inglota.

Gdy zobaczyłam ich produkty stwierdziłam, że grzech byłoby nie spróbować ;) Dodatkowo skusił mnie fakt, że marka podaje się za profesjonalną, więc trzeba było to sprawdzić na własnej skórze.
Szafa jest pełna kosmetyków kolorowych. Mnie najbardziej zainteresowały cienie do powiek.Ceny jak na początkującą markę są raczej wysokie.
Paletka na 4 cienie to koszt ok 10zł. Jest solidnie wykonana, elegancka i ma duże lusterko. Do tej paletki pasują także cienie MAC i Inglot. Jedynym mankamentem jest to, że wierzch paletki może się łatwo brudzić. Ale nie jest to znacząca wada.

Mam trzy cienie tej firmy, wszystkie kupowane w formie wkładów do paletki. Wkład kosztuje ok 14zł. Wydaje mi się, że cienie KOBO są nieco mniejsze niż Inglota-są niższe. Ale być może to złudzenie:)

Golden Rose-mój pierwszy cień tej firmy i zdecydowany faworyt. Świetna pigmentacja. Trudno określić jego kolor. Jest różowy z złotymi refleksami. Moim zdaniem może być z powodzeniem odpowiednikiem cienia MAC Exspensive Pink. Cień jest piękny, sam na powiece sprawia wrażenie użycia kilku cieni i idealnego blendowania. Jedynym minusem tego cienia jest to, że trudno go nakładać pędzlem. Ma nieco woskową konsystencje-najlepiej nakładać go palcem. Jednak kolor rekompensuje mi tą wadę. Cień jest trwały na bazie KOBO wytrzymuje nienaruszony bez problemu cały dzień.


Caffe Latte-był drugim cieniem KOBO kupionym przeze mnie. Pigmentacja bardzo dobra. Kolor to nie do końca kawa z mlekiem. Ma delikatną nutkę szarości. Bardzo fajny cień do załamania powieki, lub na całą. Co ciekawe ten odcień nakłada się na powiekę bez problemu pędzlem. Ma inną konsystencję niż Golden Rose. Na bazie KOBO-utrzymuje się cały dzień
Pale Peach-trzeci zakup. Jak go zobaczyłam, stwierdziłam, że będzie to idealny cielisto-brzoskwiniowy cień do dziennego makijażu. Po nałożeniu na powiekę ciemnieje, staje się bardziej pomarańczowy. Na początku byłam bardzo rozczarowana, ale po dodaniu brązu w załamaniu powieki makijaż prezentuje się dobrze. Idealny do makijażu w kolorze jesieni. Konsystencja taka jak Caffe Latte. I podobnie jak jej poprzedniczki utrzymuje się cały dzień na bazie KOBO.
Jeżeli miałabym polecić jeden cień poleciłabym bez wątpienia Golden Rose.

Jestem z tych cieni bardzo zadowolona. Warto dać szanse KOBO. I mam nadzieje, że KOBO powiększy swoją paletę kolorystyczną cieni.  Planuję jeszcze zakup cienia Aubergine który będzie "parą" do cienia Golden Rose. Będzie się z nim pięknie komponował.

piątek, 4 lutego 2011

MAC Pro Longwear vs Rimmel Lasting Finish


Przyznaje-dosyć ryzykowne porównanie ;)

Jednak chciałam znaleźć drogeryjny odpowiednik podkładu MAC i być może mi się udało.
Przyjrzyjmy sie obu podkładom.

MAC Pro Longwear to koszt ok 130zł. Dostępny jest tylko w salonach firmowych i ewentualnie na allegro. Z tego co wiem w Polsce jest kilka sklepów firmowych na pewno w Warszawie i Krakowie. Podkład znajduje się w szklanym opakowaniu z wygodna pompka, która można blokować. Sama pompka jest bardzo dobra-pompuje odpowiednia ilość kosmetyku bez rozbryzgów:) Podkład jest nieco wodnisty, rzadki, trzeba sprawnie rozprowadzać go na twarzy. Nie uczula-nie ma zapachu. MAC idealnie stapia się z kolorem twarzy, jest na niej niewidoczny, ale jednocześnie kryje doskonale. Po przypudrowaniu pudrem transparentnym i nałożeniu różu-makijaż utrzymuje się cały dzień. Od rana do wieczora.Twarz cały dzień wygląda na świeża i wypoczętą. Nie brudzi ubrań! Co teraz, w zimie jest dosyć ważne gdy otulamy się szalikami;)
Rimmel Lasting Finish to podkład drogeryjny, dostępny w większości sklepów kosmetycznych. Jest tańszy do MACa o ok 100zł.  Podkład dostepny jest w plastikowej, zakręcanej tubce. Opakowanie zostało niedawno zmienione -mój egzemplarz jest jeszcze w starej szacie graficznej;) Opakowanie wygodne-pozwala na wyciśniecie produktu do ostatniej kropelki. Pachnie delikatnie, nie podrażnia. Podkład jest gęsty, kremowy co mi bardzo odpowiada. Trzeba go dobrze rozsmarować na twarzy aby nie powstały smugi. Kryje bardzo dobrze. Po przypudrowaniu Rimmel nie utrzymuje się całego dnia mimo że producent obiecuje 16 godzin efektu świeżego makijażu. Twarz bez poprawek wygląda nienagannie ok. 8 godzin. Niestety odrobinę wysusza moja i tak sucha skórę,ale nie jest to ogromny problem. Zauważyłam, że nieznacznie brudzi ubrania, ale jest to minimalne w porównaniu z innymi drogeryjnymi podkładami.
Podusmowaując: Sądzę, że Rimmel Lasting Finish to godny drogeryjny zamiennik MAC Pro Longwear. Mimo że nie jest tak długotrwały jak droższy podkład to w porównaniu z drogeryjnymi kosmetykami długotrwałymi sprawuje się świetnie. Jednak uważam,że warto mieć MAC Pro Longwear w swojej kosmetyczce, chociażby na większe wyjścia. Jest to najlepszy podkład jaki kiedykolwiek miałam:)

środa, 2 lutego 2011

Hola, Chica!

Beże i brązy to moje ulubione odcienie do malowania oczu. Ale ostatnio staram się wprowadzać żywsze kolory do makijażu oka. Bardzo polubiłam fioletowe kredki do oczu.
Ostatnio moją ulubienicą jest Essence w kolorze Hola, Chica! Odcień jest bardzo ładny-fiolet wpadający w lila, momentami wydaje się lekko metaliczny.
Kredka nie jest bardzo miękka-dość łatwo się nią rysuje na powiece. Jest też nieźle napigmentowana. Niestety z jej trwałością jest już nieco gorzej, jednak polecam ją gorąco-ja na pewno zaopatrzę się w jakieś inne odcienie:)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...