sobota, 30 kwietnia 2011

Ulubieńcy kwietnia

Jestem w szoku!
 Kwiecień minął, a mnie trudno uwierzyć, że tak szybko! Czas pędzi jak szalony...

Moi ulubieńcy kwietnia to:

-podkład MAC Pro Longwear- przeprosiłam się z nim po zimie, kiedy moja sucha skóra się już uspokoiła.

-cień Inglot 420 Pearl-absolutnie zachwycające połączenie fioletu z szarością! I w załamaniu i na całej powiece wygląda bosko!

-szminka Essence All About Cupcake- Od kiedy ją kupiłam mama ją codziennie na ustach. Piękny odcień!

-pędzel Maestro 497/12- rozcieracz idealny

-mini płyn dwufazowy Lancome Bi-Facil- świetnie radzi sobie z ogromnie trwałym eyelinerem Catrice, nie pozostawia tłustej warstwy i nie podrażnia.

-duo dla brunetek Essence Sun Club-odcień bronzera jest świetny, a róż ładnie ożywia policzki

- błyszczyk Victoria's Secret Ms. Mojito - aktualnie mój błyszczykowy nr. 1. Pachnie bosko.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Maybelline Frosted Melon

Błyszczyki Maybelline Watershine znam już dłuższą chwilę. Dlatego, że uwielbiam ten kosmetyk w moim ukochanym odcieniu Strawberry Sizzle, czyli czerwieni z drobinkami.

Gdy zobaczyłam tusz Collosal w zestawie z błyszczykiem, co prawda w kiepskim (jak mi sie wtedy wydawałlo) odcieniu Frosted Melon nie mogłam się oprzeć. Oczywiście wabikiem była też niska cena-19zł.


Błyszczyk jak już wspomniałam jest w odcieniu Frosted Melon.
Opakowanie jest plastikowe, przezroczyste z różowo srebrną zakrętką i krótsze niż w przypadku błyszczyków innych firm. 

Aplikator jest wąski, lekko spłaszczony na końcu i  wygięty. Gąbeczka ma delikatne, króciutkie włoski, dzięki którym aplikator nabiera odpowiednią ilość kosmetyku.
Błyszczyk nakłada się świetnie i gładko na usta.

Konsystencja jest gęsta, niewodnista. Dzięki temu błyszczyk dobrze trzyma się ust i nie spływa. Jest lekko lepki na ustach, ale nie jest to bardzo irytujące.

Błyszczyk ma piękny, delikatny zapach, trudny do określenia.


Odcień Frosted Melon w opakowaniu wydawał mi się za jasny dla mnie i za żółty. 
Ale to tylko złudzeinie!
Kolor jest śliczny! Pomarańczowo-różowy z mnóstwem malutkich  drobinek. Jest to odcień nude. Drobinki są bardzo małe i nie nachalne. 

Na ustach wygląda świetnie, tworzy tzw. efekt tafli. Drobinki nie rzucają się w oczy.

Błyszczyk sprawuje się świetnie na ustach, ładnie je nawilża i pielęgnuje. Z trwałością też nie jest najgorzej, dzięki temu, że jest gęsty i nie spływa.

Podsumowując: Bardzo miłe zaskoczenie! Myślałam, że będzie rzucony w kąt, albo sprezentowany komuś innemu, a tu proszę! Błyszczyk ideał do mocnego makijażu oka. Świetny, zresztą tak jak jego czerwona wersja.



poniedziałek, 25 kwietnia 2011

DIY: Bronzer

To wariactwo chodzi za mną odkąd obejrzałam filmik Michelle Phan. 

Jej entuzjazm i zachwyt domowym bronzerem  sprawił, że musiałam tego spróbować na własnej skórze.

A mianowicie chodzi o wykorzystanie gorącej czekolady w proszku lub kakao jako bronzera.

Wiem, wiem niezbyt to mądre, ale nie mogłam się powstrzymać!

Użyłam kakao firmy Decomoreno-czyli to klasyczne, ciemne, niesłodzone. 
Można użyć też czekolady w proszku takiej jak używa Michelle w filmiku, ale ja niestety nie miałam takich rarytasów pod ręką;)

Samo kakao jest za ciemne, wiec dosypałam sypkiego pudru Yves Rocher i dokładnie wymieszałam.


Jak widac na pędzlu odcień naszego czekoladowego bronzera jest idealny! Nie ma mowy o pomarańczowych tonach.

Aplikując go na policzki trzeba bardzo uważać, nakładać go lekką ręką, bo pigmentacja naszego słodkiego bronzera jest  po prostu porażająca;)

Co do efektu-na policzkach wygląda naprawdę świetnie! 
Warto go lekko przypudrować samym pudrem, żeby dłużej trzymał się twarzy i nie ciemniał od wilgoci. 

Podsumowując: Wariactwo kompletne, ale warto to sprawdzić samemu chociażby dla zabawy-wiem, że bardzo dziwne wydaje się chodzenie z kakao czy czekolada na policzkach;) Ale efekt końcowy jest naprawdę zadowalający. Bo przecież idealny bronzer ma kolor właśnie mlecznej czekolady;) Odważyłam się wyjść z nim do ludzi i nikt nie zauważył, że jestem ubrudzona kakao na policzkach;)

piątek, 22 kwietnia 2011

Inglot 92

O różach w kremie słyszałam dużo dobrego. 

Najczęściej wymieniana zaletą jest łatwość osiągnięcia bardzo naturalnego rumieńca.
Doszłam do wniosku, że najwyższa pora sprawdzić to na sobie. Pierwsza firma kosmetyczna jaka przyszła mi do głowy to oczywiście Inglot.

Inglot ma naprawdę szeroki wybór odcieni tego kosmetyku.
Po długich namyślaniach zdecydowałam się na nr 92.
Opakowanie różu to plastikowy, przezroczysty słoiczek z czarną zakrętką. Pojemność to 5,5g. Całkiem poręczne (dla osób o krótkich paznokciach) i przyjemne opakowanie.

Konsystencja jest kremowa, nielepka, przypominająca mus. 
Kosmetyk nie pachnie i nie uczula. Dodatkowa zaleta to to, że jest ogromnie wydajny! Obawiam się, że niedługo będę musiał się go pozbyć, bo wkrótce mija jego termin ważności.
Róż jest bardzo mocno napigmentowany, ale trudno zrobić sobie nim krzywdę. 
Nakładam go palcami, tworząc trzy kropki wzdłuż kości policzkowej. Potem rozcieram je również za pomocą palców. Myślę, że takie rozcieranie bez pędzla zapewnia najbardziej naturalny wygląd. Nakłada się go łatwo i gładko-nie jest tępy.
Warto trzymać się zasady, że róż w kremie nakłada się na nieprzypudrowany podkład. Pudruję lekko twarz dopiero po nałożeniu różu.

Z trwałością różu nie jest najgorzej. Wiele zależy od podkładu-im jest bardziej trwały, tym róż dłużej siedzi na swoim miejscu.

Odcień nr 92 to bardzo naturalny róż zmieszany z brzoskwinką. Nie zawiera drobinek i nie nabłyszcza policzków. Policzki muśnięte nim wyglądają bardzo subtelnie. Świetny do dzienniaków i smokey eye na wieczór.

Podsumowując:  Polecam wszystkim tym, którzy potrzebują bardzo naturalnego akcentu na policzkach. Ten róż jest moim zdaniem w tym niezastąpiony. Ale niestety, ja chętniej sięgam po róże w kamieniu, niż po te w kremie czy musie. Lecz jeżeli ktoś lubi takie formuły kosmetyków to polecam!

środa, 20 kwietnia 2011

Lilaróż

Obiecany makijaż z cieniem Inglot 420.

Wersja delikatna, taki wiosenny, szybki dzienniak;)

Kosmetyki:
baza KOBO
cień  Inglot 110 AMC Shine
cień KOBO Golden Rose
cień Lancome Kitten Heel
cień Inglot 420 Pearl
eyeliner Wibo
tusz Maybelline Colossal

Niestety, aparat pożarł intensywność cieni. 
Pierwsze zdjęcie najlepiej oddaje prawdziwe kolory.



Chciałam nieśmiało podzielić się z Wami moją inna pasją.
A są nią książki. 
Uwielbiam czytać, im grubsza książka tym lepiej. 

Ostatnio czytam trylogie Paulliny Simons czyli  Jeźdźca miedzianego, Tatianę i Aleksandra i Ogród letni.
Niesamowite książki, wciągnęły mnie bez reszty. Właśnie zaczynam czytać trzecią i ostatnią część trylogii.
Nie lubię romansów, ale te książki są cudowne. 
Obowiązkowa lektura;)

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Inglot 420

Mój nowy ulubieniec.

Chyba nigdy nie zdecydowałabym się go kupić gdyby nie Wizażanki.
Dlaczego?
A dlatego, że niestety, w salonie Inglota światło jest tragiczne i ten cień wyglądał jak perłowy szarak. 
Nic specjalnego. Sama robiłam do niego kilka podchodów zanim go kupiłam. 

 
Na temat jakości cieni Inglot nie będę się rozpisywać powiem krótko to co powszechnie wiadomo-są rewelacyjne! Trwałe, w przystępnej cienie, obłędna ilość odcieni, (chociaż czasami i ta  ilość  mi nie wystarcza, żeby znaleźć kolor, którego się szukam;)), mocno napigmentowane, świetnie się nimi cieniuje.

W normalnym, dziennym świetle ten cień jest bardziej fioletowy niż szary. 
Niektórzy porównują go do Satin Taupe MAC. Moi zdaniem jest do niego podobny, ale nie może być zamiennikiem, bo Satin Taupe ma jeszcze nutkę brązu, której cieniowi Inglota brakuje. 

Inglot 420 Pearl to tak jak wspomniałam wcześniej mieszanka fioletu i szarości. Cień ten jest perłowy, daję piękny efekt na oku. Można go używać na całą powiekę, jak i w załamaniu. Komponuje się świetnie z wieloma kolorami, ale moim zdaniem najlepiej z cieniami w odcieniach: lilaróż, szarych, beżowych, różowych, czarnych.  

Dla mnie jest to kolejny must have Inglota.

Tym sposobem w mojej palecie PRO10 zostało ostatnie wolne miejsce, ale coś czuje, że taki stan nie potrwa długo;)

Postaram się wrzucić wkrótce zdjęcie makijażu wykonanego tym cieniem.

sobota, 16 kwietnia 2011

Essence All About Cupcake

Co jest dla mnie zaskakujące, nigdy nie miałam pomadki Essence. Czas nadrobić zaległości!

Ostatnio stojąc przy szafie (już z nowościami!) w oko wpadło mi kilka odcieni szminek. 
Ale najbardziej poruszyła mnie ta w dosyć ostatnio popularnym kolorze-All About Cupcakes.
Opakowanie jest plastikowe. 
Niektórym nie przypadło do gustu, ale mi się bardzo podoba. Każdy odcień szminki ma pod kolor sztyftu opakowanie. Ułatwia to sprawę podczas poszukiwań w kosmetyczce lub przepastnej torebce. 
Po zdjęciu zatyczki zostaje część z pomadką- jest ona krótsza niż u innych szminek. Mnie to zupełnie nie przeszkadza.
Jak już wspominałam wybrałam odcień All About Cupcake.
Uwielbiam pachnące pomadki, a ta pachnie cudownie!
Dla mnie jest to zapach owocowej gumy do żucia. Bardzo smakowity:)

Konsystencja szminki jest podobna do Oriflame Vintage Rose, czyli jest jakby żelowo-wazelinowa, miękka. Otula usta jak pomadka ochronna. Bardzo łatwo maluję się nią usta. Nie jest jednak bardzo dobrze napigmentowana. Trzeba się troszkę namachać żeby uzyskać mocny kolor na ustach.
Odcień-jak to zwykle u mnie bywa-idealny do codziennego makijażu, bezdrobinkowy, ładnie nabłyszczający usta.
Nie jest to jednak typowy róż-ma malutką nutkę pomarańczu. Odcień naprawdę rzadko spotykany.
Co do trwałości-bez rewelacji. Sprawuję się jak standardowa szminka.
I co najważniejsze-nie wysusza ust.

Podsumowując: Jestem z niej bardzo zadowolona! Kolor ma naprawdę niespotykany, bo nie jest to klasyczny róż. Warto ją mieć! Na pewno nie poprzestanę na tym jednym odcieniu pomadek Essence. Sprawdzę chyba wyrywkowo resztę;) Cena pomadki to 8,99zł.

Zdjęcie pomadki na ustach, niestety nie do końca oddaje jej rzeczywisty kolor.
Lepiej oddaje go swatch na dłoni.

czwartek, 14 kwietnia 2011

Oswajanie kameleona

Kameleona, czyli cienia Inglot 428 Pearl.

Zawsze używałam tego cienia do robienia kresek, albo na linię wodną,. Stwierdziłam że czas zaadaptować go do makijażu większej części powieki niż tylko przy linii rzęs.

I znowu muszę powiedzieć, że ten cień jest niesamowity! Kolor zależy od światła- może być szary, czarny, grafitowy i mocno błękitny. Cudo! Niestety, zdjęcia nie do końca oddają jego urodę.

Kosmetyki:
baza KOBO
cień Inglot 110 AMC Shine
cień MAC Brule
cień Inglot 360 Matte
cień Inglot 428 Pearl
kajal Essence Nightfever
eyeliner Wibo
tusz Maybelline Colossal






wtorek, 12 kwietnia 2011

Catrice Gel Eyeliner

Nigdy nie miałam eyelinera w słoiczku. Zawsze używałam tych w kałamarzu.

Stwierdziłam, że czas rzucić się na głęboka wodę i kupić eyeliner w słoiczku.
Ogromnie sie ucieszyłam, kiedy zobaczyłam, że moje postanowienie zbiegło się z wprowadzeniem nowości Catrice. 
Ale kiedy stanęłam przed ich szafą, to tak mnie wszystko interesowało (przede wszystkim limitowanka UB), że nie kupiłam eyelinera, po który przyszłam. Stwierdziłam, że przecież on jest w stałej ofercie, więc co jak co ale bedzie stale. 
Zdziwiłam się kiedy znowu odbyłam pielgrzymke do Natury i zastałam przetrzepaną z nowości szafę Catrice. Eyelinera oczywiście nie było I od tej pory, kiedy tylko znajdowałam sie w Naturze zerkałam na eyelinery ale były tylko brązowe, a mi tak zalezało na czarnym. 
I ostatnio, całkiem przypadkiem wstapiłam do Natury i ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu zobaczyłam jeden samotny egzemplarz czarnego eyelinera w słoiczku. Szybko wrzuciłam go do koszyka. No, ale nie można mieć wszystkiego-pędzelka do eyelinera w szafie jak nie było, tak nie ma.

Mam odcień 010 Black Jack with Jack Black, czyli  klasycznie czarny.
Opakowanie jest porządne-przezroczysty,szklany słoiczek z grubego szkła i zakrętka z twardego , czarnego plastiku. Słoiczek szczelnie się zamyka, chroniąc kosmetyk przed powietrzem. Ogólnie opakowanie prezentuję się bardzo dobrze, jest proste bez zbędnych ozdób. 
Eyeliner ma świetną konsystencję!
Jest cudownie kremowy, bardzo dobrze nabiera się go na pędzelek. Nie jest tępy, można płynnie i łątwo zrobić linię na oku. Jest też bardzo wydajny.
Niestety, ja kupiłam sobie pędzel (Inglot 31T), z którym muszę się jeszcze oswoić, ale już mogę powiedzieć, że ten eyeliner nie sprawia żadnych kłóopotów podczas nakładania.
Pigmentacja eyelinera jest bardzo dobra-czerń jest naprawdę czarna;) 

Trwałością tego eyelinera jestem zachwycona!
Bez problemu wytrzymuje cały dzień na powiece bez poprawek. Nie straszne mu ulewy czy łzy;) Ostatnio  potarłam powiekę ręką-już myślałam, że pewnie po takiej akcji mam makijaż pandy-a tu zaskoczenie; eyeliner nawet nie drgnął. 

Świetna trwałość może być też  (dla mnie) minusem-mój ukochany płyn micelarny z Perfecty sobie z nim nie radził, więc musiałam sięgnąć po coś dwufazowego do demakijażu. 

Może macie jakiś faworytów wśród płynów dwufazowych? :)

Podsumowując: Żelowy eyeliner Catrice jest świetnym produktem w przystępnej cienie-15,99zł. Sądzę, że będę do niego wracać i dodatkowo ma ochotę spróbować jeszcze wersji brązowej. Największym minusem tego eyelinera jest jego bardzo ograniczona dostępność.

Cieszę się, że udało mi się kupić produkt, który mogę Wam polecić-więc polecam!:)

Wrzucam zdjęcie mojej kreski zrobionej tym eyelinerem, po całym dniu noszenia i potarciu powieki



niedziela, 10 kwietnia 2011

Essence LE Whoom! Boooomm! Roy's Red

Limitowanka Whoom Boooomm! Essence nie zachwyciła mnie zbytnio. 

Przyglądając się jej, stwierdziłam, że jedyne co mi z niej jest potrzebne to różowy lakier.
Różowy lakier to 04 Roy's Red.
Red a powinno być raczej pink, bo kolor lakieru to jasna fuksja;)

Lakier znajduje się w klasycznej przezroczystej buteleczce z białą zakrętką.
Pędzelek jest odpowiedniej wielkości, łatwo nim maluje się paznokcie. 

Lakier jest rzadki, pokrywa paznokcie równą warstwą, bez prześwitów. Zatem dwie warstwy w zupełności wystarczą. Bardzo ładnie wygląda na paznokciach.
Z trwałością nie jest źle, bo wytrzymuje na paznokciach na bazie Essence ok 4-5 dni.

Kolor, to jeden z moich ulubieńców. Zawsze w kosmetyczce muszę mieć dwa kolory lakierów-czerwień i właśnie taki trochę wściekły róż- jasną fuksję taka jak ta z Whoom! Boooomm!

Najbardziej lubię używać takich lakierów w odcieniach fuksji w lecie, bo świetnie komponują się z opalenizną. Ale teraz, na wiosnę też spisują się świetnie:)

piątek, 8 kwietnia 2011

Victoria's Secret Beauty Rush Ms. Mojito

O błyszczykach Victoria's Secret Beauty Rush słyszałam już od dawna i to same dobre rzeczy. 
Wcale się nie dziwię, bo są rewelacyjne!
Niestety, w Polsce dostepne są chyba tylko na allegro w cenie ok. 20-30zł.

Opakowanie to klasyczna, plastikowa tubka. 
Łatwo wycisnąć z niej błyszczyk- aplikator ma odpowiedniej wielkości otwór. Szczerze mówiąc nie za bardzo lubię błyszczyki, które trzeba aplikować palcami. Wydaje mi się to mało higieniczne ,szczególnie gdy trzeba poprawić makijaż w ciągu dnia poza domem. Ale temu błyszczykowi jestem w stanie to wybaczyć;)
Mam odcień Ms. Mojito.

Jest to jasny róż, półprzezroczysty z delikatnymi drobinkami. Kolor zdecydowanie do co dziennego makijażu. Drobinki nie są nachalne. Bardzo podoba mi się efekt na ustach.
Konsystencja jest idealna, ani za rzadka, ani za gęsta-w sam raz. 
Dobrze się go nakłada na usta. I co najważniejsze, nie zauważyłam żeby jakoś bardzo się lepił na ustach. 
W sumie się go nie czuje. 

Czuje się natomiast co innego;)

A mianowicie jego cudowny zapach! Pachnie słodkim cytrynowo-waniliowym kruchym ciastkiem. Dla mnie rewelacja;) I nawet słodko smakuje. 

Trwałość tego błyszczyka mnie zaskoczyła, bo bardzo długo utrzymuje się na ustach. Do tego dobrze pielęgnuje usta i posiada SPF 15.

Podsumowując: Polecam! Jeden z najlepszych błyszczyków (jeżeli nie mój nr.1) jaki kiedykolwiek miałam. Dopatrzyłam się tylko dwóch minusów: pierwszy-niewybaczalny- to jego dostępność i drugi-wybaczalny-aplikacja palcem.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...