środa, 30 stycznia 2013

Ulubieńcy stycznia

Pierwszy miesiąc 2013 roku niemal za nami.
Zatem nadszedł czas na ulubieńców stycznia!

Ostrzegam: post z serii bardzo długich!

Styczeń obfitował w przeróżnych ulubieńców - jak niemal co miesiąc u mnie - nie tylko kosmetycznych:
Pielęgnacja:
Mleczko waniliowe Yves  Rocher Plaisirs - pachnie obłędnie, nieco pikantnie, dobrze nawilża i jest bardzo wydajny.
ZSK Hydrolat z róży bułgarskiej - ładnie tonizuje, wygładza, lekko nawilża. Pachnie niczym konfitura różana!
Ziaja med Kuracja nawilżająca: Krem redukujący podrażnienia na dzień i Krem redukujący zmarszczki na noc - moja skóra jak co zimę zaczyna wariować i jest baaardzo sucha. Dlatego kupiłam w aptece zestaw dwóch kremów Ziaja Kuracja nawilżająca z gratisem w postaci płynu micelarnego (26zł). Wszystkie trzy produkty podbiły moje serce. Krem na noc jest nieco bardziej treściwy niż na dzień, ale oba świetnie nawilżają i łagodzą podrażnienia.
Makijaż:
Sleek Au Naturel - rewelacyjna paletka do dziennych makijaży!
Podkład Rimmel Wake Me Up - polubiłam się z nim poprzedniej zimy; jest lekki i pięknie rozświetla skórę.
Maybelline Mocha Mirage - ostatnio lubuję się w połączeniu fioletu ze starym złotem; ten duet idealnie się w to wpasowuje, a pigmentacja tych cieni jest świetna!
Physicians Formula Happy Booster - róż-delikates; w sam raz do dziennego makijażu. A jego wygląd  (te słodkie serduszka) wprawia w dobry humor.
Revlon Colorburst Lip Butter: Berry Smoothie & Cherry Pie - pomadki nie wysuszają ust, wręcz je pielęgnują i mają świetne kolory.
Paznokcie:
To był bez wątpienia miesiąc pod hasłem bling bling na paznokciach!
Pure Ice Dreamy - śliczny róż z zatopionym milionem kolorowych iskierek! Od fioletu do złota!
OPI Skyfall: The Living Daylights -  przezroczysta baza napakowana kolorowym konfetti. Bardzo się z nim polubiłam.
OPI Skyfall:  Goldeneye - cudowne złotko, które pięknie komponuje się z czerwienią.

Książki:
Było tego troszkę:
Charlotte Link Ostatni ślad - o książkach tej pani słyszałam dużo dobrego dlatego postanowiłam coś z jej zbiorku przeczytać. Padło na Ostatni ślad. 
Elaine Dawson ma notorycznego pecha. Gdy chce polecieć do Gibraltaru na ślub przyjaciółki, Rosanny, okazuje się, że z powodu mgły na lotnisku Heathrow odwołano wszystkie loty. Zamiast czekać nocą w pełnej rozwścieczonych pasażerów hali odlotów, Elaine przyjmuje od nieznajomego, przystojnego, eleganckiego mężczyzny ofertę przenocowania w jego podlondyńskim domu. Wychodzi z nieznajomym i od tej pory ślad po niej znika. Policja nie znajduje ciała i umarza dochodzenie, przekonana że dziewczyna wykorzystała nadarzającą się okazję i po prostu uciekła z małego miasteczka od tyranizującego ją brata. Rosanna jednak nie wierzy w teorię ucieczki. Podejmuje prywatne śledztwo… ( źródło okładki i opis fabuły: lubimy czytać) 
Książka wciąga, jedno zdarzenie wywołało lawinę zdarzeń. Nie potrafimy rozróżnić fałszywych tropów od tych prawdziwych. Nie jest jednak to typowy kryminał - autorka skupia się także na zawiłych sytuacjach życiowych/rodzinnych bohaterów.

Jane Cassey - Zaginieni Kolejny tym razem nieco bardziej typowy kryminał. Jest to moje pierwsze spotkanie z tą autorką, ale bardzo udane! 
Zaginęła dwunastoletnia Jenny Shepherd. Jej nauczycielka, Sarah Finch wie lepiej niż ktokolwiek inny, że szanse na znalezienie jej żywej maleją z każdym dniem. Kiedy była mała jej starszy brat wyszedł się bawić i już nie wrócił. Straszna świadomość, że nigdy nie dowiedzą się, co stało się z Charliem już zawsze będzie prześladowała jej rodzinę. Teraz jako ponad dwudziestoletnia kobieta mieszka w rodzinnym domu wraz z matką, która pije zdecydowanie za dużo, a z sypialni zaginionego syna zrobiła kapliczkę. I to właśnie Sarah znajduje ciało Jenny porzucone w lesie niedaleko jej miejsca zamieszkania. Zostaje wciągnięta w policyjne śledztwo i burzę medialną. Jednak nie tylko policja zaczyna przyglądać się jej uważniej…(źródło okładki i opis fabuły: lubimy czytać)
Książkę czyta się w ekspresowym tempie! Autorka zgrabnie przeplata czasy współczesne z przeszłością.

Jo Nesbo Człowiek nietoperz - o Jo Nesbo również słyszałam sporo. Że pisze świetnie, że warto. Dlatego w końcu sięgnęłam po pierwszy to serii o Harrym Hole.
Norweski policjant Harry Hole przybywa do Sydney, aby wyjaśnić sprawę zabójstwa swej rodaczki, Inger Holter, być może ofiary seryjnego mordercy. Z miejscowym funkcjonariuszem, Aborygenem Andrew Kensingtonem, Harry poznaje dzielnicę domów publicznych i podejrzanych lokali, w których handluje się narkotykami, wędruje ulicami, po których snują się dewianci seksualni. Przytłoczony nadmiarem obrazów i informacji początkowo nie łączy ich w logiczną całość. Zrozumienie przychodzi zbyt późno, a Harry za wyeliminowanie psychopatycznego zabójcy zapłaci wysoką cenę... (źródło okładki i opis fabuły: lubimy czytać)
Kryminał z gatunku nieco depresyjnych. Pierwsza połowa książki średnio mnie wciągnęła, ale za to druga mi to wynagrodziła. Zaskakujące zwroty akcji. Sięgnę po kolejne części serii o Harrym.

Asa Larsson Burza z krańców ziemi - bardzo lubię skandynawskie thrillery, kryminały. 
Lubię serię C. Lackberg, ale ostatnie części coś mnie zawodziły. Dlatego dla odmiany sięgnęłam po serię Asy Larsson o Rebece Martinsson. A konkretniej po pierwszy tom: Burza z krańców ziemi.
Na podłodze prowincjonalnego kościoła w północnej Szwecji leży brutalnie okaleczone ciało mężczyzny. Gdy życie z wolna z niego uchodzi, on myśli o swojej poprzedniej śmierci. Wśród mroku nocy niczym smok wije się zorza polarna... Rebeka Martinsson wraca do rodzinnego miasta, o którym wolałaby zapomnieć. Chce pomóc przyjaciółce oskarżonej o zamordowanie brata, charyzmatycznego przywódcy lokalnego protestanckiego kościoła. Jednak by odnaleźć prawdziwego mordercę, Rebeka będzie musiała zmierzyć się z własną mroczną i bolesną przeszłością, stawić czoła wrogiej, milczącej wspólnocie, zanurzyć się w lodowatym, brutalnym świecie zakłamania, głęboko skrywanych rodzinnych sekretów, władzy i manipulacji. A walka o prawdę szybko zmieni się w walkę o jej własne życie.(źródło: opis fabuły: lubimy czytać, okładki: klik).
Rewelacyjna książka, czyta się jednym tchem. Przypomina mi troszkę książki Tess Gerritsen o Rizzoli & Isles, które uwielbiam. Autorka genialnie nakreśliła kobiece postacie. Polecam, to absolutnie mój książkowy nr 1. stycznia! 

Jak tam Wasze postanowienia noworoczne?
Ja staram się w moich wytrwać!

Wspomniałam w jednym z poprzednich postów, że zaprzyjaźniłam się z treningami Jillian Michaels, a konkretniej z jej 30 Day Shred. Po wykonaniu ćwiczeń z Jillian, dorzucam coś krótkiego; najczęściej są to ćwiczenia na konkretne partie ciała od dziewczyn z Tone it up
Pośladki, uda, brzuch, ramiona, boczki, plecy - na każdą problematyczną część ciała można coś znaleźć wśród ich filmików na kanale YouTube.
Dziewczyny mieszkają w USA, w Californii -  niemal ich wszystkie filmiki kręcone są na plaży. 
Piękne widoki, szum oceanu - to mi się podoba. 
Karena i Katrina są nieco cukierkowe - niektórych to odstrasza, ja jakoś nie zwracam na to uwagi, a naprawdę bardzo lubię ich ćwiczenia. 
Poza tym warto polubić ich stronę na fb, (albo zapisać się do newslettera na ich oficjalnej stronie) dlatego, że dzielą się tam mnóstwem przepisów na zdrowe potrawy, ale i na domowe kosmetyki DIY.
W styczniu dziewczyny zachęcały do przyłączenia się do akcji przed-walentynkowejLove Your Body (akcja nadal trwa), którą organizowały na swoim kanale YT i oficjalnej stronie. Treningi, dieta, kosmetyki, konkursy - wszystko w walentynkowym nastroju. 
Zajrzyjcie na ich stronę lub kanał YT, myślę, że warto!

A temacie zdrowego żywienia - oszalałam na punkcie dań z awokado!

To że jest bardzo zdrowe wiedziałam, że upiększa naszą skórę też, ale mnogość dań, które można wytworzyć z jego udziałem mnie zaskoczyła.
Smoothie, masełko do kanapek, sałatki, dip.... Polecam przede wszystkim guacamole i kremowy sos do makaronu. 
Sporo przepisów można znaleźć TUTAJ. A najlepsze i chyba najtańsze awokado jest w Lidlu. 
A gdy kupicie twarde awokado owińcie je w papier/gazetę - szybciej zmięknie.

Uff... mam nadzieję, że ktoś dotrwał do końca tego długiego posta!

Jestem bardzo ciekawa Waszych ulubieńców stycznia! 
Nie tylko kosmetycznych! 

wtorek, 29 stycznia 2013

Różano mi!

Każda z nas ma ulubione zapachy. Takie od zawsze.

Sama mam taki jeden - wanilia - natomiast reszta ulubionych podbiła mój nos całkiem niedawno.

Takim zapachem jest niewątpliwie różany! 
Swego czasu uważałam go za zapach typowo...babciny, ale od kilku miesięcy lubuję się we wszystkich kosmetykach z tą nutą.

Zaczęło się od mydełka Biała Róża z mojej ukochanej Lawendowej Farmy. Pachniało obłędnie, było kremowe i nie wysuszało. Na pewno do niego wrócę!
Dobrym zamiennikiem dla mydełka z Lawendowej Farmy jest mydło Alterra.
Pachnie ślicznie różami, jest bardzo wydajne, kremowe i nieźle się pieni. Miałam okazję wypróbować niemal wszystkie mydełka Alterra i do tej kostki najczęściej powracam. 
A odbiegając od tematu róży, ale będąc wciąż w temacie mydeł - szkoda, że Alterra wycofała dobre kilka miesięcy temu rewelacyjne mydełko maślankowe...
Kolejnym ulubionym różanym kosmetykiem jest Hydrolat z róży bułgarskiej z sklepiku Zrób Sobie Krem.
Pachnie niczym nadzienie różane w pączkach!
Stosuję go po demakijażu, jak i rano przed makijażem żeby obudzić skórę, Aplikuję go w postaci mgiełki, za pomocą atomizera, w którym ten hydrolat przechowuję.
Skóra po jego użyciu jest odświeżona, gładka, lekko nawilżona. Świetnie tonizuje i jest ogromnie wydajny. 
Używam go także w pielęgnacji włosów - jako mgiełkę, składnik odżywki DIY, zdarza mi się też dolewać go do szamponów. Pięknie nabłyszcza włosy i również lekko je nawilża. 
Bardzo się z nim polubiłam.
Różany zapach nie omija także paznokci.
Udało mi się upolować lakier z Różanej kolekcji Wibo za ok. 1,30zł i było to dobrze zainwestowane 1,30zł!
Lakier nie dość, że ma świetny, energetyczny kolor różowy, to na dodatek pachnie różami! A raczej tak jak hydrolat - jak konfitura różana.
Bardzo go lubię i żałuję, że nie upolowałam więcej pachnących lakierów z tej limitki.

Lubicie kwiatowe zapachy w kosmetykach?

niedziela, 27 stycznia 2013

Pastelowa chmurka

...czyli  lekki makijaż w delikatnych, rozmytych, ale błyszczących barwach.

Zima w pełni, śniegu po pas, więc chciałam dodać troszkę koloru do makijażu. 
Zwykle robię to malując usta na mocniejsze kolory - czerwień, buraczkowy - ale tym razem chciałam czegoś lżejszego. I to na oku!

Oko trochę zmięte - wybaczcie - ale tak to jest jak się czyta książki do późna...
Kosmetyki:
Baza Dax Cosmetics Cashmere
Cienie (kolejno od wewnętrznego kącika na ruchomej powiece) :
Inglot 393 Pearl
KOBO Golden Rose
Inglot 407 Pearl
Cień na dolnej powiece:
Inglot 439 Pearl
Cień w załamaniu:
Lancome Click (gdzieś się schował, bo nie ma go na zdjęciu)
Eyeliner Rimmel Glam'eyes
Tusz Maybelline Volum' Express turbo Boost
Kredka na linii wodnej Inglot 44

Lubicie kolorowe akcenty w makijażu zimą?

środa, 23 stycznia 2013

Moja nowa przyjaciółka Jillian

Źródło klik
Jak wiecie (albo i nie) złożyłam sobie obietnice staro/noworoczne i staram się w nich wytrwać.

Wspominałam w poście noworocznym, że swoją przygodę z regularnymi treningami rozpoczęłam od ćwiczeń z Ewą Chodakowską. Zaczęłam od Skalpela, potem przeszłam do późniejszych płyt wydawanych przez Shape. Najbardziej polubiłam Turbo, które daję porządny wycisk.

Potem rozszerzyłam swoje treningi o krótkie programy ćwiczeń z Cassey Ho z Blogilatesu oraz z Kareną i Katriną z Tone it up. Ćwiczyłam tak niemal 3 miesiące po czym stwierdziłam, że czas poszukać czegoś nowego, czymś innym zaskoczyć ciało.

Padło na Jillian Michaels i jej 30 Day Shred.
Dlaczego Jillian?
Po pierwsze: znam ją z programów telewizyjnych i zawsze ją szanowałam i uważałam za prawdziwą profesjonalistkę w tym co robi.
Po drugie: Wasze blogi i Wasz entuzjazm spowodowany m.in.jej osobą i efektami 
Po trzecie: Jillian nieźle motywuje, jest pełna energii, pięknie wszystko tłumaczy i daje wycisk
Źródło klik
30 Day Shred zaczęłam przedwczoraj (więc jest to świeża sprawa), oczywiście od Levelu 1. I pokochałam ten program i trenerkę od pierwszych minut.
Pomyślałam sobie - program dla początkujących, pierwszy poziom - nie będzie jakiegoś szalonego wycisku. I tu się pomyliłam! Wycisk jest jak najbardziej; może nie totalny, ale jest!
Źródło klik
Jestem miło zaskoczona tym, że program trwa tylko 30 minut! Dorzucam do niego jakiś krótki trening z Blogilatesu lub Tone it up i jest pełne 45-60 minut.
Poza tym bardzo pasuje mi gadanina i styl Jillian i to że objaśnia każde ćwiczenie i wytyka błędy. 

Po pierwszym dniu miałam zakwasy w ramionach, udach i pośladkach co mnie w sumie nieco zaskoczyło, bo przecież wcześniej trenowałam niemal codziennie z Ewą. Widocznie, tamte treningi nie skupiały się tak bardzo tych partiach mięśni.
W każdym bądź razie, jestem zachwycona, wkręciłam się maksymalnie i chcę nadal trenować z Jillian po ukończeniu 30 Day Shred. Pewnie będzie to Body Revolution i Banish Fat Boost Metabolism. 
Źródło klik
Oprócz treningów zabieram się za książkę Jillian Master Your Metabolism.
Czytam po angielsku, bo niestety nie jest już dostępna w naszych księgarniach jej wersja po polsku. Szukałam i szukałam - bez rezultatu. Może to nawet lepiej - zapoznam się z nią w oryginale.
Podobno jest to lektura, która zmienia spojrzenie na dietę i metabolizm. Uwielbiam książki o tej tematyce, więc jestem do niej nastawiona bardzo pozytywnie.
Źródło klik
Oglądacie jakieś programy z Jillian?

Kilka tygodni temu rozpoczął się 14 sezon programu The Biggest Loser z udziałem Jillian, Bobem Harper'em i Dolvettem Quince'm w roli trenerów. Całą trójkę bardzo lubię, sam program jest specyficzny i nieco kontrowersyjny, ale rezultaty uczestników są mega motywujące.
Źródło klik
Innym programem z jej udziałem jest Losing it with Jillian, gdzie Jillian odchudza całe rodziny. Przyjemny program, nieco spokojniejszy niż The Biggest Loser.
Można go obejrzeć na playerze TVN. 


Znacie Jillian? 
Trenujecie z nią? 
A może czytaliście jej książkę, lub oglądaliście program z jej udziałem?

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Mini zakupy

Każda z nas zna chyba ten scenariusz: idziesz po dosłownie jedną rzecz do Rossmanna - wychodzisz z kilkoma.
Mnie ten scenariusz przytrafił się dzisiaj, w sumie mamy tzw. Blue Monday, więc czuję się  usprawiedliwiona.
Do Rossmanna wybrałam się po coś kąpielowego.
Padło na żel pod prysznic Radox o zapachu wanilii i imbiru. Pachnie cudownie słodko - idealnie na zimowe kąpiele. Cena 7,50zł/500ml, więc żal było się nie skusić. Zobaczymy jak się sprawdzi.
Pomimo, że troszkę się obraziłam na szampony Alterra o czym pisałam tutaj, są to nadal moje ulubione kosmetyki do włosów. I wracam do nich zawsze skruszona. Moja ulubiona wersja to Papya & Bambus. Włosy są świetnie oczyszczone, błyszczące, nawilżone i pachnące. Obecnie szampony, odżywka i maska Alterra są w promocji - 6,99zł.
Bardzo polubiłam się z kremem do rąk Alterra, dlatego gdy mi się skończył bez wahania wrzuciłam nową tubkę do koszyka.
Krem pięknie nawilża dłonie i szybko się wchłania. Troszkę męczący jest jednak nieco za intensywny zapach.
Mydełka Alterra uwielbiam - szczególnie różane. 
Pięknie pachną, są cudownie kremowe i mocno się pienią. A co najważniejsze - nie wysuszają!
Różane znam od dawna i gorąco polecam, ale do koszyka dorzuciłam też nowość: mydełko pomarańczowe. Pachnie bosko, niczym świeżo obrana pomarańcza, lub...Fanta. Jestem bardzo ciekawa jak się sprawdzi.

Jak widać w moim koszyku rządziła Alterra!
Lubicie -tak jak ja- kosmetyki Alterra?

środa, 16 stycznia 2013

OPI Radiance & OPI The Living Daylights

Zrobiło się bardzo śnieżnie za oknem, zima zadomowiła się porządnie!
Stąd propozycja karnawałowego manicure w iście lodowym stylu.

Metaliczne paznokcie są w tym sezonie bardzo modne, co zauważyłam przeglądając kobiece magazyny.

Takim metalicznym lakierem jest OPI DS Radiance.
Jest to 100% srebro! Nie zdarzyło mi się wcześniej spotkać tak idealnego i tak połyskliwego sreberka wśród lakierów do paznokci!
Blask jest niesamowity.
OPI Radiance nakłada się bardzo łatwo dzięki wygodnemu pędzelkowi.
Wystarczą 2 warstwy lakieru, aby pokryć płytkę paznokcia.
Warto na te dwie warstwy lakieru nałożyć jakiś top utrwalający, bo końcówki mogą się lekko ścierać.
Dodałam kropkę nad "i" malując paznokcie palców serdecznych obu rąk brokatowym OPI Skyfall: The Living Daylights.
The Living Daylights jest bombą brokatową; zawiera drobne cekiny w kolorach: srebro, złoto, turkus, miedź/róż. Pasuję do wielu lakierów. Świetny pędzelek nabiera odpowiednią ilość brokatu.
Sam brokat trzyma się naprawdę mocno! I zmywanie go jest takie jak każdego lakieru brokatowego - najlepsza jest metoda "na folie".
Warto musnąć brokatową warstwę odrobiną lakieru powierzchniowego.
Te dwa lakiery świetnie się komponują! Szkoda, że zdjęcia nie oddają pełnego, przepięknego błysku kolorowych cekinów na srebrnej bazie!

Te błyszczące lakiery jak i inne cuda do paznokci (m.in. naklejki) można kupić na stronie Kupkosmetyk.pl


Jak podoba się Wam OPI Radiance i OPI The Living Daylights? 
Wpadło Wam w oko połączenie tych dwóch lakierów?

czwartek, 10 stycznia 2013

Waniliowe rarytasy z Yves Rocher oraz miodowe nowości-cudowności od L'Occitane

Kosmetyki Yves Rocher bardzo lubię, ostatnio troszkę się na nich zawiodłam - na co raz mniej produktów z ich oferty można wykorzystywać zniżki z mailingu.
Ale cóż mamy kryzys, nie ma co się obrażać, poza tym pojawiają się tam teraz inne promocje, z których warto skorzystać.
Ale na razie nie muszę wybierać się do jednego ze sklepów YR, bo moi bliscy doskonale wiedzieli jaką niespodziankę mi sprawić pod choinkę. 
I m.in. był to kosz pełen kosmetyków pielęgnacyjnych z serii Les Plaisirs Nature o moim ulubionym waniliowym zapachu.


Właśnie-zapach!
Jest inny niż w przypadku pozostałych waniliowych kosmetyków, które znam.
Wszystkie cuda z tej serii pachną jak nieco pikantna wanilia, niczym świeżo rozcięta laska wanilii. Uwielbiam!
Wszystkie kosmetyki zawierają ekstrakt wanilii.
Żel pod prysznic i do kąpieli- świetnie się pieni i nie wysusza. Pachnie cudownie! Miałam też wcześniej wersję malinową, która również przypadła mi do gustu. 
Mleczko do ciała - kilka miesięcy temu odkryłam, że na moją przesuszoną, sucharkową skórę na ciele wcale nie działają lepiej gęste mazidła, masła, a właśnie lekkie mleczka! Dlatego mleczko YR super się u mnie spisuje! Długotrwale i mocno nawilża, pięknie wygładza, błyskawicznie się wchłania. Na dodatek bajecznie pachnie! A zapach utrzymuje się bardzo długo, ale nie jest nachalny. 
Poza tym podoba mi się (pomimo moim zdaniem dłuuugiego składu), że na drugim miejscu na liście składników zaraz za wodą jest olejek ze słodkich migdałów, masło shea, sok aloesowy.
Na pewno wrócę do tego mleczka, lub dla odmiany innego wariantu zapachowego.
Mydełko - znamy się krótko, ale już mi się podoba! Dobrze się pieni, jest kremowe, nie wysusza i słodko pachnie. 
Błyszczyk do ust - ogromnie się z tym kosmetykiem do ust polubiłam! Pokrywa usta smakowicie pachnącą , nielepiącą (!) kołderką, chroni i pielęgnuje. Pięknie wygląda ustach saute, jak i na pomadkach. Niesamowicie błyszczy. Rewelacja!
Musujące pastylki do kąpieli - jedyny kosmetyk z zestawu, którego jeszcze nie zdążyłam przetestować! Jestem ich bardzo ciekawa, te pastylki w opakowaniu wyglądają jak cukiereczki!


Jeżeli jesteśmy w temacie słodkości do ciała, widziałyście zapowiedź nowej, styczniowej serii kosmetyków L'Occitane Masło Shea z Miodem? To dopiero będzie cudowny zapach!
W ofercie pojawią się:
Puszysty krem do ciała z miodem
Pieniący żel z miodem
Krem do rąk z miodem
Masło Shea z miodem

Uwielbiam kosmetyki z miodem, szczególnie zimą! Są idealne do mojej przesuszonej wrażliwej skóry.
Jestem ogromnie ciekawa każdego kosmetyku z tej linii. Ale chyba najbardziej Puszystego kremu do ciała i Kremu do rąk. 
Bardzo podobają mi się przeurocze opakowania ze słodkim misiem!



Lubicie kosmetyki Yves Rocher z linii Les Plaisirs Nature?
 Macie jakieś swoje typy?

Wpadło Wam coś w oko z nowej serii L'Occitane?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...