piątek, 30 sierpnia 2013

Ulubieńcy sierpnia

Pora pożegnać się z latem! 
Sierpień nieubłaganie zbliża się do końca - to znak, że już czas na ulubieńców miesiąca!

Pielęgnacja:
Isana Ol Dushe Melon & Gruszka - rewelacyjny żel pod prysznic - to już moja trzecia butelka pod rząd. Dobrze się pieni, nie wysusza, jest tani, a przede wszystkim - pachnie bajecznie owocami!
Sholl Nawilżający krem do stóp i paznokci - bardzo lubię ten krem. Nieźle nawilża i wygładza moje wymagające stopy.
Garnier Hydra Adapt Cera sucha i bardzo sucha - bardzo dobrze nawilża, szybko się wchłania i pachnie melonem!

Makijaż:
Paleta Vivo - rewelacyjna paleta cieni do powiek wypełniona moimi ulubionymi kolorami do dziennego makijażu.
Mariza Soczysty róż - mój ulubieniec już od roku!
Grashka Baza pod cienie - towarzyszyła mi cały sierpień, nie mam jej nic do zarzucenia - kosmetyk wart uwagi!
Wibo Eliksir 03 - soczysta fuksja idealnie sprawdziła się w wakacyjnych makijażach. Pomadka ma piękny kolor i rewelacyjną nie wysuszającą ust konsystencję. 
L'oreal Power Volume Colagene - to już nie pierwszy raz kiedy ten tusz trafił do moich ulubieńców! Cudownie pogrubia i podkręca rzęsy. Ale trzeba  z nim czasami uważać, żeby to mocne pogrubienie nie przerodziło się w sklejone rzęsy.
Wibo Extreme Nails nr 2 - uwielbiam ten lakier! Za trwałość i za kolor.
Golden Rose Paris nr 60 - klasyczna czerwień - czyli mój ukochany kolor lakieru do paznokci

Źródło okładki i zarysu fabuł 1 i 2
Książki
Niestety, w tym miesiącu niewiele przeczytałam! 
Harlan Coben Zostań przy mnie - miałam ogormnie oczekiwania wobec tej ksiażki, bo Cobena należy do grona moich ulubionych pisarzy. "Megan Pierce wiedzie życie będące ucieleśnieniem American Dream: u boku męża. w domu z ogrodem i basenem, realizując się jako matka nastoletnich dzieci i żona. W jej przypadku stabilizacja nie jest jednak równoznaczna z osobistym szczęściem. Megan tęskni za swoją bujną przeszłością striptizerki w Vegas i Atlantic City, za pełnymi pożądania spojrzeniami mężczyzn, za pulsującą muzyką i migoczącymi światłami sceny. Ray Levine stał kiedyś u progu wielkiej kariery w dziedzinie fotoreportażu, niestety życie dało mu wycisk i zawodowo spadł na samo dno: pracuje jako paparazzi do wynajęcia w agencji świadczącej usługi niedoszłym celebrytom. Swoje frustracje topi w alkoholu. Broome jest detektywem, któremu nie daje spokoju sprawa zagadkowego zniknięcia przykładnego ojca rodziny, Stewarta Greena. Sprawa sprzed lat, której nie udało mu się rozwiązać. Choć niedługo przechodzi na emeryturę, wciąż prowadzi śledztwo i regularnie raz w roku odwiedza rodzinę zaginionego. Megan, Ray i Broome. Troje ludzi połączonych skrywanymi za fasadą codzienności sekretami, których istnienia nie podejrzewają nawet ich najbliżsi. Wiele lat temu w ich życiu wydarzyło się coś, co teraz może je ostatecznie zrujnować. Kolejne tajemnicze zaginięcie mężczyzny w święto Mardi Gras, dokładnie w siedemnastą rocznicę zniknięcia Greena, doprowadzi do ujawnienia łańcucha zbrodni, których nikt dotąd ze sobą nie powiązał..." 
Hmm... zapowiada się nieźle, ale niestety książka nieco zawodzi. Niestety, moim zdaniem, jest bardzo podobna do wcześniejszych z jego twórczości. Szkoda.

Jean Christophe Grange Las Cieni - tej książki jeszcze nie przeczytałam  - pozostało mi ok.30%. Nie znam twórczości tego pana kompletnie, ale to, że Las cieni ma niezłą ocenę na Lubimy Czytać zachęciło mnie do sięgnięcia po książkę jego autorstwa. "Jeanne Korowa, sędzia śledczy sądu w Paryżu, rozpoczyna dochodzenie dotyczące morderstw popełnianych w Paryżu. Wszystkie są wyjątkowo okrutne, ofiary noszą ślady kanibalizmu i mordów rytualnych. Wśród podejrzanych, którym założono podsłuch jest psychiatra męża Jeanne, Antoine Feraud. Jeanne, zazdrosna o męża, z niezdrową ciekawością przysłuchuje się rozmowom psychoterapeuty i jego pacjentów. Jeden z nich wydaje się mieć wiele wspólnego z ostatnią ofiarą, rzeźbiarka pochodzenia argentyńskiego, która rekonstruowała wizerunki prehistorycznych ludzi. Trop prowadzi do Nikaragui, do Lasu Cieni…" 
Książka na początku jest nieco nudna, potem nawet mocno drastyczna, ale warto przebrnąć, bo po trudnych wstępach książka naprawdę wciąga. 
Dam znać we wrześniu, czy nadal podtrzymuję zdanie na temat tego, że Las Cieni jest warty uwagi.
Źródło
Fitness:
W sierpniu tylko bieganie. Bardzo mi ta aktywność fizyczna odpowiada.
Niestety, niemal tydzień temu miałam drobny wypadek - rozcięłam stopę, nie jest to wielka rana, ale w tak strategicznym miejscu, że uniemożliwia mi to założenie pełnych butów, a co za tym idzie - nie mogę biegać. 

A co trafiło na Waszą listę ulubieńców w sierpniu?

wtorek, 27 sierpnia 2013

Wet & Wild Wild Shine: Blazed

Czuję już jesień w powietrzu!

Zrobiło się wyraźnie chłodniej, a mnie to nie przeszkadza, bo jesień uwielbiam! Ale tą taką słoneczną wrześniowo-październikową.

Zanim na paznokciach zagoszczą jesienne kolory, pokaże Wam jak prezentuje się na paznokciach bardzo letni odcień Blazed z Wet&Wild z linii Wild Shine.

Ach i wybaczcie, ale mój środkowy palec wygląda jak kombatant - jest ofiarą radosnego gotowania.
Nadruk na buteleczce już przy pierwszym użyciu zaczął się ścierać. Nie znoszę tego!

Lakier ma dramatycznie słabe krycie. Na zdjęciach są aż cztery warstwy! A i tak przydałaby się piąta. Na szczęście lakier szybko zasycha i ma wygodny pędzelek.
Blazed to koralowy odcień z przewagą pomarańczy. Lakier wchodzi w skład linii Wild Shine - owszem paznokcie błyszczą, ale nie jest to jakiś spektakularny połysk.
Co to trwałości - dam znać, bo nosze go pierwszy dzień. 

Czy Blazed wpadłby Wam w oko (i do koszyka) w drogerii?

sobota, 24 sierpnia 2013

Stracie eyelinerów w słoiczku: Catrice vs Essence

Te dwa słoiczkowe eyelinery są naprawdę wysoko oceniane na wizażowym KWC. Zatem, gdy szukałam mojego pierwszego eyelinera w słoiczku skierowałam się do Drogerii Natury i tam wybrałam najpierw eyeliner Catrice, a następnie Essence. Oba w kolorze czarnym.

Jak się sprawdziły? Czy przekonały mnie do linerów w słoiczkach? 
Opakowanie: Oba eyelinery zamknięte są w szklanych słoiczkach z plastikową czarną zakrętką. Catrice Black Jak with Jack Black mieści 4g czarnego tuszu, a Essence Midnight in Paris nieco mniej - 3ml.
O ile mnie pamięć nie myli (oba eyelinery kupowałam już dawno) kosmetyk Catrice kosztuje ok 15zł, a Essence jest o kilka złotych tańszy.

Konsystencja/aplikacja: Oba eyelinery aplikują się bardzo dobrze, łatwo narysować nimi kreskę dzięki kremowo-żelowej konsystencji. Catrice jest bardziej żelowy, przez co zdarzało mu się robić prześwity na skórze i jego kolor był mniej nasycony niż Midnight in Paris.

Wydajność: Tusz Catrice jest nieco mniej wydajny niż Essence, przez to, że ma wspomnianą wyżej bardziej żelową konsystencję. Ale ogólnie, wydajność obu eyelinerów jest jak najbardziej w porządku.
Kolor/nasycenie: Tu zdecydowanie wygrywa eyeliner Essence! Midnight in Paris ma bardziej kremową konsystencję, przez co daje na powiece mocno nasyconą, czarną kreskę. A liner Catrice niestety robi prześwity i czasami trzeba "reperować" kreskę, co zabiera czas. I nerwy.

Trwałość: I tu zaczynają się schody. Bo jeżeli chodzi o demakijaż - oba kosmetyki należą raczej do tych trudniej zmywalnych z powieki (szczególnie przy linii rzęs), lecz płyn micelarny AA sobie z nimi radzi. Ale w codziennym noszeniu, niestety w przypadku każdego z nich mam pewne zarzuty. Eyelinerowi Catrice zdarzało się nieco blaknąć w ciągu dnia, natomiast Essence w czasie upałów, lub przy deszczowej, wilgotnej powiece odbijał się na skórze, lub się rozmazywał. Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież przy demakijażu zmywanie kreski nie jest takie łatwe, a wystarczy gorąca temperatura, a liner zaczynał szaleć.
Podsumowując: Z dwojga złego chętniej sięgałam po słoiczek Catrice. Wolałam blaknący kolor niż zwiędłą jaskółkę, która przytrafiała mi się czasami w ciągu dnia po narysowaniu kreski linerem Essence. 

Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie trafił mi się jakiś wadliwy egzemplarz Mignight in Paris. Bo to przecież niemożliwe, żeby moje mało wymagające powieki stały się dla niego wyzwaniem. Myślę, że kiedyś dam jeszcze szansę kosmetykowi Essence. Ale na razie nie rozstaję się eyelinerem Rimmel Glam'eyes i drżę, żeby go nie wycofali, bo zazwyczaj tak jest - gdy jakiś kosmetyk skradnie totalnie moje serce to znika z półek. Tak było np. w przypadku morelowej odżywki do włosów Alterra.

Lubicie eyelinery w słoiczku?
Znacie tusze do kresek Essence i Catrice?

czwartek, 22 sierpnia 2013

Co nowego? Sierpniowe małe uzupełnienie kosmetyczki: Rossmann, Drogeria Natura, Yves Rocher

Projekt denko dotyczący kosmetyków do pielęgnacji mogę uznać niemal za zakończony!
Od jakiegoś czasu kupuję kosmetyki na bieżąco, nie mam już prawie nic w zapasach - jedynie jakieś pojedyncze sztuki typu krem do twarzy i do rąk.

Zatem ostatnio odczułam pewne braki w kosmetyczce. Wybrałam się na rajd po drogeriach, ale nie spodziewajcie się wielkich plonów: dzięki projektowi denko kupuję tylko to, czego aktualnie potrzebuję. Oby ten stan trwał jak najdłużej!


W Rossmannie do koszyka wrzuciłam żel pod prysznic Isana Melon & Gruszka. Z perełkami olejku.
To moja druga butelka tego żelu! Pachnie nieziemsko owocami, ideał na lato! Wiem, że posiada wysuszający SLS, ale na szczęście na razie tego wysuszenia nie czuję. 
Jest wydany i kosztuje aktualnie w promocji 3zł. Żal nie wziąć! Widać, że nie tylko ja jestem fanką tego zapachu, bo na półkach czasami można znaleźć tylko puste miejsce po nim.

Nie, to nie to co myślicie! Nie jestem kobietą z brodą!
Ale uważam, że męski żel Isana do skóry wrażliwej z aloesem jest lepszy niż żele do depilacji dla kobiet. Dlaczego? Jest go więcej, jest bardziej wydajny i depilacja nóg z nim jest łatwiejsza. W promocji kosztuje niewiele powyżej 6zł. Naprawdę warto.
W Drogerii Naturze również dwa kosmetyki wpadły mi do koszyka.

Skończył mi się żel pod oczy z Flos leku, dlatego dla odmiany wybrałam Krem pod oczy Ziaja Sopot rozświetlenie, który ma rozjaśniać cienie i zmniejszać obrzęki. Czytałam wiele pochlebnych recenzji tego kosmetyku, więc jestem dobrej myśli. Mam za sobą już dwa "smarowania" i muszę przyznać, że  jest całkiem, całkiem.

Nie mogłam przejść obojętnie obok promocji na mój aktualny nr 1 wśród eyelinerów czyli Rimmel Glam' eyes. Uwielbiam go! Rysuję się nim bajecznie prosto, jest trwały i intensywnie czarny. Cudeńko! Muszę w końcu napisać recenzję na jego temat na blogu, bo to chyba już mój 4 egzemplarz.

Zapomniałam o Yves Rocher. 
Chyba przez to, że obraziłam się przez ograniczenie asortymentu, na który można wykorzystać zniżki przychodzące do domu, z tzw. mailingu. Ale Anwen skutecznie mnie skusiła swoimi postem nt szamponu Yves Rocher Volume. W sumie niewiele mi trzeba było żeby mnie zachęcić, bo o szamponach od YR słyszałam wiele dobrego. 
Wahałam się pomiędzy tym szamponem z wyciągiem z malwy polecanym przez Anwen a pokrzywowym, który ma bardzo dobre oceny na KWC. W końcu zwyciężył zapach - szampon pokrzywowy pachnie bardzo ziołowo, a ten dodający objętości ślicznie kwiatowo. No cóż, czuję, że po ten pokrzywowy jeszcze wrócę!
Na razie mam za sobą dwa użycia i jestem dobrej myśli. Zapach jest po prostu obłędny!
Szampon nie zawiera silikonów i parabenów. 

Od koleżanki dostałam lakier Wet&Wild w koralowo-pomarańczowym kolorze. Jestem ciekawa jak się spisze na moich paznokciach.

A co u Was?
Wpadło Wam coś nowego do kosmetyczki? Pochwalcie się!

środa, 21 sierpnia 2013

Sierpniowy ShinyBox - Wakacyjny Relaks

Byłam bardzo ciekawa co tym razem znajdzie się w sierpniowym ShinyBoxie.
Po wskazówka znalezionych na stronie na facebooku można było się domyślić, że pudełko będzie zdominowane przez kosmetyki do pielęgnacji. 
W sumie, można było to przewidzieć - lipcowy ShinyBox w większości wypełniony był kolorowymi kosmetykami.


W tym miesiącu w pudełku znalazłam pięć produktów pełnowymiarowych:
Bielenda Płyn micelarny do mycia i demakijażu 3 w 1 - płyny micelarne uwielbiam, więc z ogromną chęcią go przetestuję. Muszę przyznać, że  to "3w1" bardzo mnie zaintrygowało, a chodzi o to, że micel zastępuje nam tonik, mleczko i wodę. Sprytne. 13zł/200ml
DeBa BIO Vital Odżywczy krem do pielęgnacji dłoni i paznokci - opakowanie bardzo przyciągające wzrok, a srebrna tubka od razu skojarzyła mi się z kremami do rąk L'occitane. Pierwsze użycie mam już za  sobą; na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że ładnie wygładza i pachnie czekoladowymi wafelkami. Krem zawiera składniki bio: olej ze słodkich migdałów, masło babassu, kakaowe, oliwa z oliwek, witamina F - szkoda, że te naturalne ekstrakty nie są wyżej w składzie. 12zł/75ml
Dermedic Maska nawilżająca Hydrain 3 Hialuro - coś idealnie dla mnie! Czyli mocno nawilżająca i nawadniająca maska do skóry suchej i odwodnionej. Zawiera wodę termalną i kwas hialuronowy. Nie mogę doczekać się pierwszych testów. 25zł/50g
Indola Serum na zniszczone końcówki - ciekawe czy pobije moje ulubione serum Biovax. Zawiera oleje: arganowy, marula, oliwę z oliwek. Szkoda, że nie na początku składu. Ale zobaczymy jak się spisze. 39zł/50ml
Marion Koncentrat antycellulitowy chłodzący - czyli pięć tubeczek z preparatem (płynem) antycellulitowym. Lubię takie specyfiki, ale wiadomo - bez ćwiczeń i diety, sam kosmetyk nic nie zdziała. 13zł/5x6,5ml

Jako gratis w pudełku znalazłam Organiczny peeling do każdego rodzaju cery BioPlasis. Zapowiada się bardzo ciekawie! Szkoda, że to tylko próbka, bo peelingi uwielbiam! 45zł/60ml

W tym miesiącu zawartość ShinyBoxa przypadła mi w 100% do gustu.
Ale potestujemy i zobaczymy jak te kosmetyki się spiszą.

Podoba Wam się zawartość sierpniowego pudełka?

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Fitnessowe Love! Czyli moje ulubione trenerki i kanały fitness

Od listopada 2012 regularnie ćwiczę.
Prawie, bo niestety w lipcu miałam przerwę. Ale już wracam do systematycznych treningów. Ta miesięczna przerwa dała mi mocno w kość, bo teraz muszę sporo nadrobić żeby wrócić do niezłej kondycji sprzed lipca. Nigdy więcej przerw.

Co prawda ćwiczę w domu, tzw. dywanówki, ale bardzo mi to odpowiada i raczej nie kusza mnie zajęcia typu areobik, które proponowane są w fitness klubach. Lecz co raz bardziej korci mnie wprowadzenie treningu siłowego.

Od listopada sporo na temat ćwiczeń przeczytałam, obejrzałam, sprawdziłam, poradziłam się i stworzyłam zestaw ćwiczeń i trenerów, których bardzo lubię.

Uwaga, to będzie post-gigant!
Jillian Michaels - mój aktualny numer 1. Chyba nie trzeba nikomu tej pani przedstawiać. Jillian znana jest nie tylko dzięki swoim licznym, ogromnie popularnym treningom (słynny 30 Day Shred, Ripped in 30, Killer Buns & Thighs, Body Revolution, No More Trouble Zones itd. itd), ale także dzięki udziałowi w amerykańskich programach The Biggest Loser i Losing it with Jillian. Poza tym wydała wiele książek, które błyskawicznie stały się bestsellerami, w tym świetną:  Opanuj swój metabolizm na temat zdrowego stylu życia.
W czym tkwi sekret sukcesu Jillian?
Wydaje mi się, że przede wszystkim w jej niesamowitej charyzmie i mocnej motywacji, której dostarcza każdemu, kto z nią ćwiczy. No i oczywiście w efektywności jej programów ćwiczeniowych. Podoba mi się również to, że każde ćwiczenie jest przez Jillian dokładnie wytłumaczone, aby uniknąć niechcianej kontuzji.
Sama zaczęłam od 30 Day Shred, potem ćwiczyłam jej Rippped in 30, a następnie No More Trouble Zones. Zaczęłam też 3-miesięczny program Body Revolution, ale nieszczęsny lipiec wszystko mi pomieszał. 
Jej treningi (wykorzystujące ciężarki, co bardzo mnie cieszy) podkręciły niesamowicie moją kondycję i co najważniejsze - zbędne cm zaczęły topnieć. W moim przypadku najintensywniej w okolicy brzucha. 
Rewelacja, planuję zacząć znowu Ripped od początku.
Tone It Up - czyli dwie śliczne dziewczyny z Kalifornii. Karena i Katrina są trenerkami fitness, prowadzą kanał na YT, stronę internetową wraz z forum a'la portal społecznościowy; sprzedają na niej swój program treningowy na DVD: Beach Babe I i II, plan zdrowego odżywiania oraz ubrania, biżu i bikini, w których występują w filmikach.
Bardzo lubię z nimi ćwiczyć! 
Korzystam tylko z filmików dostępnych na ich kanale na YT. Są one świetnie dopracowane, a sceneria (głównie bajeczne plaże) i  rewelacyjne figury dziewczyn mocno zachęcają do ćwiczeń oraz poprawiają nastrój.
Ich treningi skupiają się na różnych partiach ciała, ale przede wszystkim na tych najbardziej problematycznych: pupa, uda, brzuch, boczki i ramiona.
Co jakiś czas na kanale dziewczyn rozpoczynają się różne akcje: aktualnie to Wedding series i Bikini Series. Zajrzyjcie na ich kanał koniecznie!
Blogilates (Cassey Ho)- czyli rezolutna trenerka pilates z Kalifornii. Prowadzi kanał na YT, podobnie jak dziewczyny z TIU sklep z swoimi płytami i ubraniami, oraz stronę internetową.
Źródło
Jej ćwiczenia skupiają się również na problematycznych, kobiecych strefach i pomimo, że wyglądają niewinnie dają mocno w kość. Wiele treningów opiera się na pilatesie, co momentami powoduję mocne pieczenie mięśni. 
Oprócz filmików z ćwiczenia na jej kanale można znaleźć jej przepisy na odchudzone kaloryczne dania. 
Jej styl może nie przypaść każdemu do gustu - jest strasznie słodka, momentami, aż za bardzo - ale jej treningi są świetne. 
Źródło
XHIT Daily - czyli kopalnia treningów! Na kanale YT XHIT znajdują się filmiki z ćwiczeniami dwóch dziewczyn. Fajne, różnorodne treningi, każdy znajdzie coś dla siebie.
Wielki plus za licznik powtórzeń/minut.

Inne kanały, które regularnie odwiedzam:

Livestrong WomanRewelacyjny kanał pełen treningów ze świętymi trenerkami oraz przepisami na dietetyczne pyszności. Niestety, aktualnie na tym kanale niewiele się dzieje.
Popsugar Fitness/ Fitsugar - ciekawy kanał z rozmaitymi treningami w tym także programy treningowe znanych gwiazd oraz ich trenerów. Poza tym znaleźć tam można sporo filmików nt. zdrowego żywienia.
Lionsgate BeFit - prawdziwa skarbnica rozmaitych programów treningowych - w tym np. Jillian Michaels. Warto zajrzeć!

Źródło
Poza treningami dywanowymi biegam.

Na razie nie są to jakieś kosmiczne odległości i prędkości, ale zaczynam to co raz bardziej lubić. Zapisuję wszystkie treningi na moim profilu na endomondo, obserwuję postępy, spalone kcal, a to daje mega motywację do kolejnych treningów.


Jakie są Wasze ulubione kanały fitness?
Biegacie?

środa, 14 sierpnia 2013

Jak to jest mieć miedź na oku? Czyli kilka słów na temat duetu Grashka i L'Occitane Verbena

Do niedawna nie wiedziałam!

Jakoś nigdy nie porywałam się na malowanie oczu takim kolorem. Złotym cieniem złamanym miedzianymi tonami owszem, ale to zupełnie co innego.

Urok miedzianego koloru n moich powiekach miałam okazję sprawdzić testując duet Grashka, który znalazł się w lipcowym ShinyBoxie:
Duet to: baza pod cienie oraz cień do powiek.
Oba kosmetyki znajdowały się w fikuśnych, kolorowych kartonikach, które bardzo mi się spodobały.
Baza pod cienie zamknięta jest w czarnym opakowaniu z zawiasem, z przezroczystym wieczkiem. I znowu muszę napisać, ze bardzo mi się ono podoba i jest wygodne.
Baza ma cielisty kolor, bardzo uniwersalny. Świetnie się ją rozprowadza na skórze powiek dzięki lekko kremowej konsystencji. Baza pięknie wyrównuje koloryt powiek i szybko zasycha. Bardzo dobrze podbija kolory cieni do powiek i rewelacyjnie przedłuża ich trwałość - w czasie upałów makijaż bez zarzutu wytrzymał cały dzień! 
Nie ma zapachu i jest delikatna dla wrażliwej skóry powiek.
Moim zdaniem jest to baza pod cienie do powiek jak najbardziej warta polecenia!

Drugim kosmetykiem był cień do powiek.
O ile opakowanie bazy bardzo mi się podoba, o tyle tego malowidła już mniej, Cień jest po prostu wkładem zamkniętym w plastikowe etui, z którego powinnyśmy go (tak byłoby najlepiej) przełożyć do palety. To też chciałam zrobić, ale niestety, wkład ma większą średnicę niż cienie KOBO i Inglot. Dlatego nadal mieszka w tym, w czym go dostałam. Na razie mi to zbyt mocno nie przeszkadza.

Kolor cienia na pierwszy rzut oka mogłam określić jako cynamonowy z drobinkami miedzi. 
Trzeba nauczyć się z nim współpracować, bo pomimo bardzo dobrej pigmentacji jest nieco suchy co zmienia troszkę sposób jego aplikacji. Położony na bazę wytrzymuje bez zarzutu cały dzień w bardzo dobrym stanie. Okazało się, że miedź świetnie komponuje się z moimi zielonkawymi oczami więc nosiłam go bardzo często na powiekach w ciągu ostatnich paru tygodni.  
Podsumowując: Bardzo dobry cień! Dopatrzyłam się jednego, małego minusiku: szkoda, że nie mogę go przełożyć do paletki.

Duet L'Occitane Verbena stanowił żel pod prysznic oraz mleczko do ciała.
Obu kosmetyków używałam zawsze po bieganiu, więc ich zapach był cudownie orzeźwiający.

Z żelem pod prysznic L'Occiatne Verbena miałam okazję się już pluskać o czym pisałam wcześniej. Krótko mówiąc: fajny żel na lato, o odświeżającym zapachu landrynek cytrusowych. Szkoda, że ma wysoko SLS w składzie i dosyć wysoką cenę: 65zł za pełnowymiarowe opakowanie.

Drugim kosmetykiem było mleczko do ciała, również z linii zapachowej werbena. Balsam całkiem przywozicie nawilża i wygładza skórę. Wchłania się błyskawicznie i jest wydajne.
Dla jednych to plus dla innych minus - zapach pozostawał bardzo długo na skórze, co dla mnie miłośnika słodkich zapachów na dłuższą metę było męczące, ale jak ktoś lubi intensywne, cytrusowe aromaty to będzie zachwycony.
Opakowanie dało mi w kość - wydobycie balsamu z tej ładnej buteleczki wymagało pewnych akrobacji.
Nawilżacz w sam raz na lato - w zimie byłby za słaby dla mojej bardzo suchej skóry.


Znacie kosmetyki L'Occitane i Grashka?
Lubicie miedziane kolory cieni do powiek?

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Duet Uriage - czyli dwie perełki z lipcowego Shinyboxa

W lipcowym ShinyBoxie znalazłam dwa kosmetyki firmy, z którą nigdy wcześniej nie miałam do czynienia, ale bardzo dużo dobrego o niej słyszałam.

A mowa tu o Uriage i ich Wodzie termalnej i Kremie do mycia ciała.

Uriage Woda termalna skradła moje serce w upały. Cudownie orzeźwia rozpylając delikatną mgiełkę nieniszczącą makijażu. Miałam ją zawsze w torebce.
Poza odświeżającym działaniem woda rewelacyjnie łagodzi podrażnienia i niweluje suche skórki. Używałam jej po demakijażu, ale też pod makijaż i zauważyłam, że moja skóra jest dużo lepiej nawilżona, a makijaż lepiej się trzyma!
Zawsze myślałam, że woda termalna to gadżet. Muszę przyznać, że chyba się myliłam i zapoluję na pełnowymiarowe opakowanie!

Uriage Krem do mycia -  z racji, że tubeczka miała tylko 15ml używałam, jej wyłącznie do mycia twarzy. I... to jest to! Dokładnie zmywa makijaż, kompletnie nie wysusza i nie podrażnia skóry. Pachnie prześlicznie. Pozostawia skórę aksamitnie gładką. Ma całkiem niezłą wydajność - 15ml wystarczyło mi na ok. 5 -6 zastosowań. Zakochałam się w tym kremie do mycia, niestety jego cena jest wysoka ok. 60zł. Ale może uda mi się trafić kiedyś na jakaś promocję.

Oba produkty Uriage sprawdziły się u mnie bez zarzutu. Na pewno przyjrzę się bliżej kosmetykom tej firmy, bo ewidentnie służą mojej suchej i wrażliwej skórze.

Znacie kosmetyki Uriage?

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Wibo Extreme Nails czyli wielkie zaskoczenie!

Wśród kosmetyków z lipcowego ShinyBoxa znalazłam kilka perełek.
Ogromnym, pozytywnym zaskoczeniem jest dla mnie lakier Wibo Extreme Nails. Do lakierów tej marki byłam uprzedzona przez moje kiepskie doświadczenia z lakierami z serii Express Growth. Niestety, kompletnie się u mnie nie sprawdzały; odpryskiwały już w kilka godzin po nałożeniu.
Ale linia Extreme Nails to inna sprawa!
Trafił do mnie kolor nr 2 czyli brzoskwiniowy róż z mikroskopijnymi różowymi drobinkami. Przepiękny!


Lakier nakłada się bardzo łatwo dzięki wygodnemu pędzelkowi. Aby otrzymać idealną taflę koloru na paznokciach potrzeba trzech warstw. Drobinki są niemal niezauważalne.
Extereme Nails pozostaje w idealnym stanie na paznokciach 4 dni. Dla mnie jest to fenomenalna trwałość! W ogóle nie odpryskuje, jedynie z czasem traci na połysku i minimalnie się ściera na końcach. 




Żałuję, że poznałam się z tą serią lakierów tak późno, a z drugiej strony ogromnie się cieszę, że ten kosmetyk znalazł się w lipcowym ShinyBoxie, bo sama na pewno bym go nie kupiła. Rewelacja, chyba pobiegnę do Rossmanna po więcej póki te lakiery są w promocji po 4,69zł!

Niestety, nie miałam możliwości przetestować cieni Wibo, które również znalazły się w lipcowym ShinyBoxie.
Ten niebieski duet to kompletnie nie moja kolorystyka... Błękity na powiekach to nie moja bajka.

Znacie lakiery Wibo Extreme Nails
Lubicie błękitny makijaż oczu?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...