piątek, 29 listopada 2013

Ulubieńcy listopada


Naprawdę ciężko mi uwierzyć, że listopad już niemal za nami. Może ten miesiąc uciekł mi tak szybko przez te dwa dłuższe weekendy? Nie mam pojęcia.
W każdym bądź razie to najwyższy czas na ulubieńców listopada. Kosmetycznych i nie tylko!
I znowu muszę ostrzec: to post-gigant.

Pielęgnacja:
Joanna Z apteczki babuni Peeling do ciała z ekstraktem z bzu - zdzierak o konsystencji galaretki i nieziemskim zapachu bzu. Pisałam o nim w osobnym poście.

Joanna Z apteczki babuni Masło do ciała do skóry suchej - rewelacyjnie nawilża, wygładza,  szybko się wchłania i ma puszystą konsystencję. Jest niemal bezzapachowy.

Eveline Aksamitne dłonie  - rewelacyjny krem do rąk, który niestety już mi się skończył. Cudownie wygładza i odżywia skórę. Na pewno kupię kolejną tubkę!

Pomadka BEBE klasyczna - moja ulubiona pomadka do ust o przepięknym zapachu waniliowych ciasteczek.  Świetnie radzi sobie z moimi skłonnymi do przesuszeń i suchych skórek ustami. Nie znam lepszego sztyftu do ust.

Makijaż:
Catrice C'mon Chameleon - ten cień-legenda przez niemal cały miesiąc lądował w moim makijażu oka w załamaniu lub na całej powiece. Rewelacyjna jakość i kolor!

Essence Circus Circus Raise the curtain for... - a gdy musiałam wykonać makijaż w oka w ekspresowym tempie sięgałam po przepiękny, trwały, metaliczny cień w kremie Essence z cyrkowej limitki. 

Mariza Soczysty róż - mój ukochany już od dawna róż do policzków! Nie po raz pierwszy trafił do ulubieńców miesiąca i jak widać dokopałam się już do denka.

Rimmel Lasting Finish Matte Lipstick by Kate Moss #103 - wiem, wiem znowu piszę o tej pomadce! Ale nie będę ukrywać, że cały listopad nosiłam ją na ustach. Jest przepiękna i jej aksamitne wykończenie oraz genialna trwałość na ustach ogromnie mi się podoba.

Victoria's Secret Beauty Rush Ms Mojito - Śliczny, jasnoróżowy błyszczyk o zapachu słodkich cytryn i świetnych właściwościach pielęgnacyjnych. Nosiłam go w kieszeni płaszcza przez cały miesiąc. 

Maybelline Volum' Express Turbo Boost - czyli powrót do jednej moich ulubionych maskar do rzęs. Pięknie pogrubia, rozdziela i podkręca rzęsy.

Seche Vite - ten top mocno nabłyszcza i wydłuża trwałość nawet najsłabszego lakieru na paznokciach.


Moje dwa ulubione zapachy wosków Yankee Candle, po które najczęściej sięgałam w listopadzie to:
Lake Sunset - przepiękny, otulający, pudrowy zapach z tegorocznej jesiennej kolekcji. Wyczuwam w nim także delikatne owocowe nuty. Ideał na deszczowy, zimny wieczór.

Autumn Leaves - nie jestem fanką świeżych zapachów, zdecydowanie wolę te słodsze i perfumeryjne. Ale ten absolutnie skradł moje serce - pachnie podobnie do jesiennego lasu lub parku w czasie deszczu. Uwielbiam zapach jesiennych liści, więc dla mnie jest to dla mnie wosk idealny na tę porę roku. Szkoda, że jest niedostępny w Polsce.

W jednym z wcześniejszych postów wspominałam, że zamierzam sięgnąć po serial, który ma być zastępcą mojego ulubionego tasiemca Desperate Housewives czyli Deviuos Maids. Zabrałam się za oglądanie i już mam za sobą niemal cały pierwszy sezon. 
Ten serial przypomina mi nieco pełne intryg południowoamerykańskie telenowele, ale muszę przyznać, ze całkiem przyjemnie się to ogląda. Jest też wątek kryminalny, który mam nadzieję nie zostanie jakoś dziwnie i nieprawdopodobnie rozwiązany. Tak czy inaczej polecam - lekki, kobiecy serial w sam raz na jesienny wieczór.

Jak może pamiętacie- kocham gotować i piec! 
W listopadzie odkryłam rewelacyjny program kulinarny Gordona Ramsaya: Gordon Ramsay Ultimate Home Cooking.
Tym razem Gordon gotuje we własnej, pięknej kuchni potrawy na różne okazje, a pomaga mu w tym jego rodzina. Poznałam kilka naprawdę świetnych przepisów i mocno wciągnęłam się w oglądanie kolejnych odcinków tego programu. Naprawdę polecam.
Ultimate Home Cooking można znaleźć na YT, stronie programu i nawet na tvnplayer.

 
Książki (źródło okładek i zarysów fabuł: lubimyczytać.pl):
W tym miesiącu przeczytałam 4 i...pół książki. I to naprawdę dobrych. Ta połówka to Tabu Casey Hill, o czym pisałam w poprzednim poście.
W listopadzie, w końcu sięgnęłam po popularną Chemię śmierci Simona Becketta. I jestem bardzo zadowolona, że to zrobiłam! Rewelacyjny kryminał/thriller, którego głównym bohaterem jest David Hunter, wybitny antropolog z tajemniczą przeszłością, który podejmuje się pracy lekarza w małym miasteczku.  Niestety, tym spokojnym miejscem wstrząsa seria morderstw. Główny bohater mimo początkowych oporów włącza się do śledztwa. 
Książkę czyta się dosłownie jednym tchem! Na pewno sięgnę po kolejne tomy tej serii! 

Po kryminale miałam ochotę na jakąś lekką lekturę, dlatego wybrałam Spacer w parku Jill Mansell. 
Po kilkunastu latach Lara Carson wraca do rodzinnego Bath na pogrzeb ojca. Nie dotknęła jej ta śmierć – relacje z ojcem nigdy nie były łatwe. To przez niego jako szesnastolatka uciekła z domu. Będzie musiała jednak do niego wrócić – ku zaskoczeniu wszystkich okazuje się, że rodzinny dom w testamencie przepisany jest właśnie na nią. 
Kilka książek tej autorki już znam i wiedziałam co w jej najnowszej powieści znajdę. Co chciałam - to dostałam! 
A dokładniej chodzi o ciepły klimat, sporą dawkę dobrego humoru i lekką, jednak nieco przewidywalną historię. Za to lubię Jill Mansell. Książka-poprawiacz nastroju na ponury jesienno-zimowy czas. 

 
Sagę o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego przeczytałam lata temu, jeszcze w liceum. Pamiętam, że nie mogłam się oderwać od kolejnych tomów. Dlatego gdy pojawiła się nowa powieść z Gerlatem z Rivii: Sezon burz, nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Nie jest  to jednak kontynuacja sagi. 
Książka wywołała wiele emocji wśród fanów sagi. Znaleźli się i zachwyceni i rozczarowani Sezonem burz. Ja nie należę do żadnej z tych grup, stoję gdzieś pośrodku. Dlaczego? Jestem bardzo zadowolona, że mogłam wrócić do tych postaci i świata, ale z drugiej strony mam wrażenie, że książka nie trzyma tak wysokiego poziomu jak cała seria o Wiedźminie. Nie zmienia to faktu, że książkę przeczytałam bardzo szybko. 
Po przeczytaniu Sezonu burz wiem jedno - przeczytam jeszcze raz całą serię o Gerlacie!

Bardzo lubię kryminały skandynawskich autorów. Słyszałam wiele dobrego na temat powieści Hakana Nessera. Sięgnęłam zatem po pierwszą część z cyklu o inspektorze Van Veeteren'ie Nieszczelną sieć.
Inspektor Van Veeteren i jego zespół usiłują zmierzyć się ze sprawą Janka Mattiasa Mittera – nauczyciela gimnazjalnego, który nie może sobie przypomnieć, czy zamordował swoją świeżo poślubioną żonę Evę Ringmar, czy nie. 
Tak naprawdę nie wiem co o tej książce myśleć. Z jednej strony jest to kryminał z ciekawym zakończeniem, ale główna postać oraz wolne tempo powieści jakoś mnie do niej zraziła. Jednakże słyszałam, że to jedna z jego pierwszych powieści i że następne są o wiele lepsze. Zaufam tym słowom i sięgnę w przyszłości po kolejny tom.

A jacy są Wasi ulubieńcy listopada?

środa, 27 listopada 2013

Co nowego? Mocno kosmetycznie: Hebe, Rossmann, apteka i odrobinę książkowo


Czy jest jakaś osoba w blogosferze która nie słyszała o promocji -40% na kosmetyki do makijażu w Rossmannie, Hebe i Superpharm? Chyba nie. 
Mnie o dziwo ta wiadomość jakoś mocno nie zelektryzowała, miałam oczywiście kilka kosmetyków do kupienia, ale wolałam wybrać się po nie pod koniec promocji - oddech na karku i kuksaniec z łokcia przy szafach  kosmetykami to nie atrakcje dla mnie.


Jak postanowiłam tak zrobiłam!
Do Rossmanna wybrałam się dopiero dzisiaj, czyli dzień przed końcem promocji. 
Niestety, musiałam odwiedzić aż trzy Rossmanny, bo w dwóch wszystkie kosmetyki, które chciałam kupić były używane. Naprawdę, nie wiem ile było dyskusji na ten temat,ale nigdy chyba nie pojmę zjawiska otwierania kosmetyków, kiedy jest tester. 
Potrzebowałam przede wszystkim korektora poza oczy. Skusiłam się na korektor Rimmel Match Perfection w ocieniu 030 Classic Beige. Jest to tubka z pędzelkiem. Zamelduję na pewno na blogu jak się spisuje, ale na KWC ma dobre opinie. Zapłaciłam: 17,99ł.


Z szafy Lovely zgarnęłam moją ukochaną odzywkę Serum do paznokci z wapniem i Vit C. Rewelacyjna odżywka! Nakładam się ją na czyste paznokcie i czekam aż się wchłonie. Zapłaciłam za nią 4,30zł


Rimmel był chyba najbardziej obleganą szafą we wszystkich Rossmannach. 
Z tej marki chciałam tylko dwie najpiękniejsze pomadki jakie mają w ofercie czyli Lasting Finish Matte Lipstick by Kate Moss # 103. Kocham tą pomadkę i używam jej niemal codziennie. Kupiłam jedną na zapas i jedną dla mamy.



Poza tym do koszyka wrzuciłam mój zimowy zestaw ratunkowy:
Pomadkę BEBE Intensywna pielęgnacja, tym razem nie wybrałam klasycznej, a własnie tą, teoretycznie mocniej odżywiającą i chroniącą usta. Zoabczymy jak się spisze, ale chyba nie pobije ten niebieskiej, która jest moim hitem od lat. 
Moja twarz gdy robi się zimno szaleje. Mocno się przesusza i jest podrażniona. Rewelacyjnie uspokaja ją krem Alterra dla skóry bardo wrażliwej. Nie wiem, która to już będzie tubka tego kremu w mojej kosmetyczce! 


Podobnie zachowują się moje dłonie gdy robi się mroźno za oknem. A jako, że mój ostatnio ulubiony krem do rąk Eveline Velvety Hand mi się skończył i nie jest w promocji, to wybrałam jego kolegę, czyli Eveline Glicerini Bio Kozie mleko 5w1. Bardzo lubię kremy z tej serii! Cena 3,99zł 


Do Hebe wstąpiłam w poszukiwaniu korektora Bell, ale niestety zastałam pustą półkę. 
Zatem zerknęłam do szafy Maybelline, bo tej marki również dotyczy promocja -40%. Wybrałam tusz Maybelline The Colossal Volum Express Smoky Eyes w kolorze czarnym. Nie miałam jeszcze tej wersji - zawsze kupowałam tę klasyczną - ale ta podobno jest najlepsza. Zobaczymy! Zapłaciłam 17,99zł. Co ciekawe w Rossmannie zapłaciłabym za niego o 2zł więcej. Nie wiem jak jest z resztą kosmetyków, ale wychodzi na to, że Maybelline lepiej przy okazji tej samej promocji -40% kupować w Hebe...


Znacie Dermosan? Pamiętam jego zapach z dzieciństwa. 
Zauważyłam go w aptece za 9,50zł i stwierdziłam, że spróbuję go stosować zimą na twarz. Może będzie wybawieniem dla mojej kapryśnej skóry? Na razie używam go od kilku dni i jestem zadowolona. W ogóle pamiętam, że dawniej Dermosan był megatłuśiochem, a teraz ma naprawdę przyjemną konsystencję i wchłania się błyskawicznie. 


Na początku listopada trafiła do mnie nowa książka Nigelli Lawson Nigella ucztuje, którą zamówiłam w przedsprzedaży w Empiku. 
Nie jest to w sumie żadna nowość, bo ta książka została wydana w UK w 2004 roku i musiała czekać aż do 2013 roku na przetłumaczenie. 


Nigella ucztuje po polsku to książka, o której marzyłam od dawna! Dlaczego zatem nie kupiłam wcześniej wersji anglojęzycznej? Ano dlatego, że wszystkie pozostałe jej książki mam w języku polskim, więc tą też chciałam ją mieć w tej wersji językowej. 
Jestem zachwyconą tą książką! To chyba najlepsza książka Nigelli zaraz obok Kuchni i Jak być domową boginią. Jest przepięknie wydana i zawiera mnóstwo pomysłowych przepisów na przeróżne smakowitości.

Ostatnio zaczytuję się w kryminale Casey Hill Tabu. 
Reilly Steel, urodzona i wychowana w Kalifornii, jest absolwentką Akademii FBI w Quantico, z zawodu śledczym sądowym. Opuszcza gwarne San Francisco i przenosi się na drugi koniec świata, do sennego Dublina, by jako doskonały fachowiec w swojej dziedzinie wprowadzić irlandzkie laboratorium kryminalistyczne w XXI wiek, mieć oko na ojca, który po rodzinnej tragedii szuka pocieszenia w kieliszku, a przy tym spróbować się odciąć od fatalnych wydarzeń z przeszłości i zacząć nowe życie… Jej plany niweczy seryjny morderca. Pierwsza zbrodnia to dwa trupy, para młodych ludzi w luksusowym apartamencie. I choć rany postrzałowe na nagich ciałach zdają się wskazywać na samobójstwo, intuicja podpowiada Reilly, że sprawa jest bardziej skomplikowana. 

Wkrótce pojawiają się nowe ofiary, a ekipa śledcza zaczyna podejrzewać, że oprawca jest gotów złamać wszystkie społeczne normy… po kolei…(Źródło lubimyczytac.pl).

Książka wciąga i czyta się ją rewelacyjnie! Bardzo przypomina mnie pierwsze książki Alex Kavy z serii o Maggie O'Dell. Jestem tuż za połową i chyba lada dzień ją skończę. 
Jeżeli szukacie jakiegoś ciekawego kryminału z wartką akcją to polecam!

A co u Was nowego?
Skorzystałyście z promocji -40%?
Przeczytałyście jakąś ciekawą książkę?

niedziela, 24 listopada 2013

Starcie eyelinerów: Miss Sporty vs Rimmel, czyli o tym jak oszczędny czasami płaci dwa razy



A może nie do końca oszczędny, a oszczędny kombinator!

Podczas poprzedniej promocji w Rossmannie -40% na kolorówkę w oko wpadł mi eyeliner Miss Sporty. Wahałam się czy wybrać mój ukochany Rimmel Glam'eyes (którym zachwycałam się w jednym z poprzednich postów) czy wybrać tą tańszą opcję czyli Miss Sporty.



Gdzieś w głowie zaświtała mi myśl, że Rimmel i Miss Sporty należą do jednej firmy - Coty, no i poza tym opakowania tych eyelinerów w kałamarzu są niemal identyczne. 
Skoro nie widać różnicy, po co przepłacać? Do koszyka trafił eyeliner Miss Sporty, za który zapłaciłam w okolicy 6-7zł.


Nigdy nie otwieram kosmetyków w drogerii i jakież było moje zdziwienie, gdy rozpieczętowałam eyeliner w domu. 
Zobaczyłam znienawidzony przeze mnie aplikator w postaci elastycznej, cienkiej gąbki
Wszystko tylko nie to! Niestety, do tego typu aplikatora uprzedził mnie lata temu eyeliner w kałamarzu z Inglota. A ja całkiem pamiętliwą bestią bywam!


Rysowanie kreski gąbczastym patyczkiem nie było horrorem, ale w porównaniu z banalną aplikacją jaką zapewniał cienki i giętki pędzelek Rimmel Glam'eyes, raczej Miss Sporty wypadał blado. 

Miss Sporty ma niezłą pigmentację, ale jego konsystencja jest nieco dziwna. Zastyga na powiece tworząc błyszczącą jakby smolistą powłoczkę. Na początku martwiłam się, że w ciągu dnia wykruszy się do zera tworząc klasyczną pandę po oczami, ale nic takiego się nie stało na szczęście. 
Jednak muszę przyznać, że w ciągu dnia czerń troszkę traciła na intensywności.


Poza tym tusz bardzo szybko gęstnieje i zasycha w opakowaniu, przez co aplikacja tym gąbczastym tworem staję się co raz trudniejsza. 
Dla porównania: Rimmel Glam'eyes mogę spokojnie używać kilka miesięcy, czasami pół roku, a eyeliner Miss Sporty po ok. 1,5 miesiąca zaczynał szybko gęstnieć. 

Podsumowując: Dałam się nabrać! Eyeliner Miss Sporty nie jest totalnie złym produktem, na pewno ma swoich fanów, ale ja na pewno do niego nie wrócę. Czasami jedna "stajnia" i do złudzenia identyczne opakowania nie gwarantują takiego samego produktu. 
Po kilku dniach z eyelinerem Miss Sporty, poddałam się i pobiegłam po Rimmel Glam'eyes.

Lubicie eyelinery Miss Sporty?

piątek, 22 listopada 2013

ShinyBox by DeeZee - co kryje listopadowe pudełko?


Listopadowy ShinyBox trafił do mnie wczoraj. 
A że pudełko w tym miesiącu jest sygnowane nazwą sklepu DeeZee - oferującego przede wszystkim obuwie i ubrania - moja wyobraźnia znowu mnie poniosła i spodziewałam się... kosmetyków do stóp. Bo marka DeeZee głównie z butami mi się kojarzy. 
Ale produktu do stóp nie było. I bardzo dobrze, bo oto co w pudełku znalazłam: 


Pięć pełnowymiarowych produktów:

La Rosa Mineralny cień do powiek: to mój pierwszy kosmetyk mineralny! Trafił do ciemnobrązowy odcień Jadeite. Ma rewelacyjną pigmentację, zobaczymy jak sprawdzi się w makijażu.

La Rosa Lakier do paznokci - dostałam nr 106 czyli piękną, malinową czerwień. Zaraz ją przetestuję!

Mariza matujący puder ryżowy - bardzo ucieszyłam się widząc go w pudełku, bo puder, który aktualnie używam  lada dzień mi się skończy. Słyszałam o nim wiele dobrego, więc jestem ogromnie ciekawa jak się sprawdzi. 

BingoSpa Maska do twarzy ze 100% olejem ryżowym - na kosmetyki BingoSpa czaję się już od dawna, dlatego z miłą chęcią przetestuję tą maskę. Zachęcający jest również jej przyjemny zapach i skład.

AA Body Care Program Odżywczy Balsam do ciała - czyli znowu, podobnie jak w przypadku pudru Mariza,  ShinyBox wyręczył mnie w zakupach! Kosmetyki AA bardzo lubię, ale ich nowych balsamów nie miałam okazji używać.

Poza tym w pudełku znalazłam zniżki na zakupy na stronie DeeZee  i Katalog Marzeń oraz dwie próbki:

Romantic Professional: Duet Szampon i odżywka z lini regenerującej dla włosówch suchych i zniszczonych
oraz
Kremu przeciw zmarszczkowego 2w1 Corine de Farme,  96% naturalnych składników

Z zawartości listopadowego pudełka jestem bardzo zadowolona, w 100% każdy kosmetyk trafia w mój gust i potrzeby. Moim zdaniem jest to najbardziej udany ShinyBox jak do tej pory!

A jak Wam podoba się zawartość listopadowego ShinyBox'a?

wtorek, 19 listopada 2013

Pink Leopard czyli mani w cętki


Jak już kiedyś wspominałam mistrzynią stylizacji paznokci nie jestem. Ale ćwiczę!

Kilka lat temu miałam zrobiony przez uzdolnioną plastycznie koleżankę manicure: paznokcie w lamparcie cętki. Bardzo mi się ten wzór podobał (mnie - wielkiej fance klasycznych, "gładkich" kolorów na paznokciach!), więc postanowiłam go własnymi siłami odtworzyć.

Ostrzegam: to moja pierwsza panterka na paznokciach! Co zresztą widać, bo moim cętkom jeszcze sporo brakuje.
I co więcej wykonałam je jakże profesjonalnym sprzętem w postaci...wykałaczki i zapałki.


Do mani wykorzystałam trio (moich ulubionych) lakierów :
Kolorystycznie wzór różni się od klasycznego lamparciego futerka, bo cętki zmalowałam w kolorze fioletowym i różowym.



Lubicie nosić wzory na paznokciach?

poniedziałek, 18 listopada 2013

Co nieco o kosmetykach z październikowego ShinyBox'a


Październikowy ShinyBox pod hasłem Think Pink zawierał kosmetyki, z którymi wcześniej nie miałam okazji się spotkać.

Jak się sprawdziły?



Organique Spicy Foam Bath czyli przepięknie pachnący płyn do kąpieli, którego byłam chyba najbardziej ciekawa po otwarciu pudełka! Jego zapach to dla mnie ... coca-cola z przyprawą piernikową i skórka pomarańczową. Do wanny wlewałam ok 1/5 opakowania i uzyskiwałam całkiem przyzwoitą pianę i przepiękny zapach otulający całą łazienkę. Niestety, płyn zawiódł mnie pod jednym względem - wysuszał moją i tak już suchą skórę. A szkoda, bo zapach ma obłędny!


Goldwell Balsam na włosy 60sec był drugim produktem, którym byłam mocno zainteresowana. Jestem niecierpliwa i na początku nawet to 60sekund dłużyło mi się niemiłosiernie, ale po jakimś czasie zaczęłam ten czas wydłużać do jakiś 3-5 minut i odżywka zdecydowanie lepiej wtedy się spisywała. Balsam bardzo ładnie pachnie, jest wydajny i dobrze wygładza włosy. Ogólnie na plus, jestem z niego zadowolona.



Seche Vite - czyli absolutny hit tego pudełka! Ten top skradł totalnie moje serce. Nie dość że pięknie nabłyszcza oraz bardzo wydłuża trwałość lakieru na paznokciach to skraca i to o wiele jego wysychanie. Jedyne co mi nie odpowiada to jego zapach - podobny do farby. Na pewno kupię dużą buteleczkę, jak ten maluszek mi się skończy.


The Body Shop Sink in Mask - bardzo lubię maseczki nawilżające, chociaż muszę je ostrożnie dobierać do mojej bardzo wrażliwej szczególnie jesienią i zimą cery, bo mogą powodować szczypanie lub w najgorszym wypadku uczulać. Maska TBS powodowała lekkie mrowienie, ale postanowiłam jej nie zmywać.  I dobrze, bo maska nie podrażniła skóry, ale ładnie ją nawilżyła i wygładziła. Ale uważam, że dla tak suchej cery jak moja lepsza jest maska Dermedic Hydrain 3 Hialuro z sierpniowego ShinyBox'a.




SYIS Płatki pod oczy botoksujące - wcześniej miałam do czynienia tylko z płatkami Perfecty, więc byłam ciekawa jak te się sprawdzą. Płatki SYIS lekko rozjaśniły cienie, nawilżyły i wygładziły delikatną skórę pod oczami. O działaniu na zmarszczki nie mogę nic powiedzieć, bo na szczęście jeszcze ich nie mam.



Flos-lek Elestabion S - niestety nie przetestowałam tej saszetki z najprostszego z możliwych powodów: nie mam łupieżu.

Z zawartości październikowego ShinyBox'a jestem zadowolona, aczkolwiek spodziewałam się jakiegoś kosmetyku do pielęgnacji biustu, skoro pudełko Think Pink miało na celu propagowanie wśród kobiet badań piersi. 
Na pewno kupię pełnowymiarową buteleczkę Seche Vite, bo ten top sprawdził się nawet na najtańszych lakierach wprost rewelacyjnie.

A jak Wam podoba się zawartość październikowego pudełka ShinyBox?

środa, 13 listopada 2013

Maybelline Dream Lumi Touch Concealer - rozświetlająca magiczna różdżka?


Listopad rozszalał się na dobre, no i mamy za oknem szaro i ponuro. 
Szare są też zazwyczaj cienie pod moim oczami (najbardziej widoczne jesienią i zimą), które staram się maskować korektorem już od lat. 

Nie znalazłam jeszcze ideału, ale znalazłam produkt który jest mu bliski - czyli Maybelline Dream Lumi Touch Concealer


Korektor zamknięty jest w plastikowym pędzelku. Trzonek jest przezroczysty dzięki czemu możemy zobaczyć ile jeszcze pozostało nam kosmetyku.


Aplikator - pędzelek jest wykonany z gładkiego i elastycznego sztucznego tworzywa. Nie jest to może super higieniczne, ale naprawdę wygodne rozwiązanie.
Pędzelek bardzo łatwo i dokładnie aplikuje korektor w wybrane miejsce - u mnie były to okolice oczu i skrzydełka nosa. I co ważne - nie jest kłujący i  nie mierzwi się, utrzymuje swój kształt.


Kosmetyk pojawia się w formie kropelek na pędzelku po przekręceniu skuwki znajdującej się na końcu opakowania. Wystarczą dwa "kliki" które słyszymy podczas przekręcania końcówki i na aplikatorze pojawia się taka ilość produktu która pozwala ładnie rozświetlić i przykryć cienie pod oczami. 


Największym minusem Dream Lumi Touch jest jego mała pojemność, bo tylko 3ml ( kosmetyk zaczyna się dokładnie od literki "I" w słowie Lumi na opakowaniu, więc od połowy pędzla... ). 
Chociaż inny korektor w pędzelku który miałam okazję używać - Catrice Re-touch Reflection miał o połowę niższą pojemność i nie krył tak dobrze jak ten od Maybelline.


Jak już wspomniałam korektor świetnie kryje cienie pod oczami, pięknie rozświetla i sprawia, że twarz wygląda na wypoczętą i świeżą. Ma lekką, kremową konsystencję, która rewelacyjnie współpracuje z podkładami i pudrami. Nie waży się i nie zbiera w załamaniach. 
Wybrałam dla siebie odcień Nude i jest dla mnie idealny - bardzo naturalny, bez różowych tonów. Jest bardzo trwały i bez problemu pozostaje na twarzy od rana do wieczora. 

Dream Lumi Touch zazwyczaj nakładałam wg metody trójkąta (więcej na ten temat u Cary: klik), co sprawdza się u mnie świetnie. W sumie nie wyobrażam sobie teraz nakładania korektora w inny sposób. 
Odkąd odkryłam tą metodę, zdarza mi się tylko lekko przypudrować buzie, musnąć policzki różem i moja twarz jest gotowa (oczywiście poza makijażem oka) - pozwala mi zrezygnować z podkładu.

Polecam polowanie na ten korektor na allegro, można go dorwać w lepszej cenie niż ta drogeryjna (25-30zł)

Aktualnie zachciało mi się zmiany korektora (zużyłam dwa pędzelki Dream Lumi Touch) i rozglądam się za godnym następcą dla niego w mojej kosmetyczce.

Jak nakładacie korektor po oczy?

Możecie polecić jakiś dobry korektor dobrze maskujący cienie?

piątek, 8 listopada 2013

Joanna Z apteczki babuni Peeling wygładzający czyli bzowe love!


Uwielbiam peelingi.
Nadal moim ulubionym i bezkonkurencyjnym jest kawowy drapak własnej produkcji. Ale nie ukrywam, że ciągle szukam na drogeryjnych pólkach czegoś co może mu dorównać. A nawet nie tyle dorównać co być miłą, ale koniecznie skuteczną odmianą - czyli musi mocno ścierać i wygładzać moją skórę.

Troszkę już tych peelingów "przerobiłam", ale z peelingiem Joanna z serii Z Apteczki babuni nie miałam wcześniej do czynienia. Dlatego, kiedy pojawił się w promocji w Firlicie (o czym pisałam w jednym z postów o nowościach) stwierdziłam, że  czas dać mu szansę.


Wybrałam (w sam raz na jesień) wersję wiosenną czyli tą z ekstraktem z bzu. 
Miałam już balsam z tej linii, który pachniał niesamowicie. Poza tym naprawdę mało jest kosmetyków o zapachu tych kwiatów w drogeriach, więc ta seria jest na swój sposób oryginalna i nie ma co ukrywać mocno kusząca.

Peeling zamknięty jest w zakręcanym plastikowym estetycznym słoiczku. 


Konsystencja tego zdzieraka to coś pomiędzy fioletową kisielem a galaretką, w której zawieszone są drobinki ścierające. Peeling po mimo lekko lejącej konsystencji łatwo się aplikuje, nie przecieka przez palce i na mokrej skórze zmienia się w kremową piankę


Nie jest to typowy peeling gruboziarnisty w formie pasty, ale drobinki w nim zawarte wykonują swoją pracę bez zarzutu!  
I co ciekawe mam aktualnie dla porównania inny peeling Joanny: Fruit Fantasy Hawajski ananas (ma niesamowity zapach soczystego ananasa!), który ma być kosmetykiem gruboziarnistym, a tak naprawdę to ten bzowy zdecydowanie lepiej ściera martwy naskórek i mocniej wygładza ciało. 

Skóra po peelingu jest miękka, niepodrażniona, pięknie wygładzona i cudnie pachnąca! Bo ogromną zaletą tego peelingu jest jego bardzo intensywny zapach - cudny kojarzący się z majem i wiosną zapach bzu. 
Ogromnie umila to wykonywanie peelingu! 

Podsumowując: Rewelacyjny peeling, do którego będę na pewno wracać! Przepięknie pachnie, świetnie wygładza skórę i  jest wydajny. 
W ogóle polecam wszelkie drapaki z Joanny - na mojej skórze zazwyczaj się sprawdzają bez zarzutu. 
Co prawda nie znalazłam jeszcze drogeryjnego zastępnika dla domowego peelingu kawowego, ale coś czuję, że nigdy go nie znajdę. Jest po prostu niezastąpiony. 
Ale tak czy inaczej bzowy peeling Joanny zagości na mojej łazienkowej półce na dłużej.

Lubicie peelingi Joanna?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...