poniedziałek, 30 grudnia 2013

Ulubieńcy grudnia


Ostatni miesiąc 2013 roku już niemal za nami, zatem aby tradycji stało się za dość - czas na ulubieńców (tym razem bezśnieżnego) grudnia!


Pielęgnacja:

Babydream Wind und Wettercreme - kupiony spontanicznie w promocji w Rossmannie za 3,99zł. Niemal po pierwszym użyciu stał się moim ulubieńcem! Ze względu na bogata konsystencję stosuję go na noc i tak sprawdza się najlepiej. Pięknie nawilża, wygładza, a przede wszystkim uspokaja moją cerę. Żegnajcie suche skórki! Rewelacja, szkoda, że nie poznałam go wcześniej.

Maska BingoSpa ze 100% olejem ryżowym - bardzo dobrze nawilża i odżywia skórę. Po jej użyciu jest miękka i bardzo gładka. Świetny produkt.

Eveline Glicerini Bio Kozie mleko - czyli żelo-krem do dłoni. Idealny gdy chcemy szybko nawilżyć dłonie, bez pozostającego na skórze filmu. 

Makijaż:

Physicians Formula Organic Wear Natural Origin Brozner - czyli matowy eko-bronzer z TK Maxxa. Bardzo delikatny, banalny w użyciu kosmetyk.

La Rosa nr.60 Jadeite - mocno napigmentowany, sypki cień w kolorze grafitowo-brązowym. Idealny do załamania powieki, bardzo ładnie podkreśla zielony kolor oczu.

Revlon Colorburst Lip Butter Cherry Tart - masełko do ust w pięknym czerwonym odcieniu. Dobrze nawilża i daje delikatniejszy efekt niż klasyczne czerwone pomadki.

OPI Skyfall Die another day - przepiękny czerwony lakier kojarzący się...z połyskliwą świąteczną wstążką

La Rosa nr. 106 - kolejny śliczny czerwony lakier tym razem o klasycznym kremowym wykończeniu. Bardzo trwały!

Wszystkie seriale, które oglądam mają przerwę. Zatem w końcu zdecydowałam się na obejrzenie serialu Vikings, który bije rekordy popularności.  
Serial opowiada historię życia przywódcy Wikingów - Ragnara Lothbrok oraz jego rodziny. Nie ukrywam, że oglądam Vikings, nie tylko dla rozrywki, ale też, aby poznać co nieco kulturę tego ludu. 
Świetny i wciągający serial! Szkoda, że na drugi sezon trzeba czekać kilka miesięcy.

  
Źródło zdj okładek i opisów fabuł: lubimyczytac.pl
W grudniu przeczytałam trzy książki.
Pierwszą z nich była rewelacyjny kryminał Cassey Hill Tabu, o którym pisałam w jednym z poprzednich postów. Szybkie tempo, wciągająca fabuła - jak najbardziej polecam.

Drugą była Rosyjska zima Daphne KalotayOsiemdziesięcioletnia Nina Riewska, legenda baletu moskiewskiego Teatru Bolszoj, mieszka samotnie w Bostonie. Niegdyś jako pierwsza z radzieckich artystów uciekła na Zachód. Dla świata jest oczywiste, że z powodów politycznych, ale tylko ona sama wie, co nią kierowało. Gdy starsza pani postanawia sprzedać na aukcji swą słynną biżuterię, anonimowy darczyńca dołącza doń brakujący, bursztynowy naszyjnik i pisze do Niny list. Skąd ma naszyjnik? Dlaczego Nina wzdraga się mu odpowiedzieć? Nieoczekiwany splot wydarzeń każe dawnej primabalerinie powrócić do głęboko skrywanej przeszłości, kiedy w ponurej, stalinowskiej Moskwie żyła jak księżniczka i zakochała się w pewnym znanym poecie... 
Wg recenzji, które znalazłam w internecie miała to być powieść podobna do jednej z moich ulubionych książek: Jeźdźca miedzianego.  Nie do końca się z tym zgadzam, jednak uważam, że jest to książka jak najbardziej warta przeczytania. I niech Was nie zrazi nieco nudny (przynajmniej do połowy) wątek współczesny!

Trzecią książką było Miasteczko Salem Stephena Kinga, o której wspominałam również w jednym z poprzednich postów. I znowu powtórzę: nie wiem dlaczego tak długo wzbraniałam się przed twórczością tego autora. Rewelacyjnie napisana powieść! Co prawda pojawia się w niej nieco oklepany już temat wampirów, ale nie ma on nic wspólnego z sagą Zmierzch
Aktualnie czytam kryminał Jo Nesbo Karaluchy, ale na pewno wkrótce sięgnę po kolejną powieść Stephena Kinga.

A co Was zachwyciło w grudniu?

piątek, 27 grudnia 2013

La Rosa #106 czyli mani w kolorze wina


Święta, Święta i po Świętach! 

Z okresem świątecznym kojarzy mi się kilka kolorów: złoto, srebro i czerwień. Ten ostatni, towarzyszył mi przez niemal cały grudzień i Boże Narodzenie...na paznokciach.


Czerwone lakiery do paznokci uwielbiam! Więc La Rosa nr 106 z listopadowego ShinyBoxa od razu przypadł mi do gustu.
Ma przepiękny, głęboki czerwony odcień. Jest rewelacyjnej jakości - już jedna warstwa pokrywa równo paznokcie, niemal nie pozostawiając prześwitów. Jest bardzo trwały (5 dni!) i nie odpryskuje - raczej się ściera. A z Seche Vite tworzy duet nie do zdarcia.

Polecam!


Jak się Wam podoba La Rosa #106?

piątek, 20 grudnia 2013

Co nowego? Grudniowe zakupy kosmetyczne, książki, seriale, kuchnia


W drogeriach trwa szalona gorączka zakupowa.
Wszystkie zakupy (głównie prezenty dla bliskich, ale także co nieco dla mnie) starałam się zrobić przed połową grudnia, żeby nie natrafić na to szaleństwo.
Dlatego w drugim tygodniu grudnia wybrałam się do Hebe i Rossmanna na niewielkie zakupy. Obyło się bez kaprysów - uzupełniałam braki w moich zapasach kosmetycznych.


Zrobiło mroźno, zatem jest to sygnał dla mojej cery, żeby jak co roku zacząć płatać figle. Zawsze zimą moja skóra szaleje - dramatycznie się wysusza i staje się nadwrażliwa. Do tej pory służył mi niebieski krem Alterra dla cery bardzo wrażliwej, jednakże na noc potrzebowałam czegoś mocniejszego, cięższego. Będąc w Rossmannie moją uwagę zwrócił Krem chroniący przed mrozem i wiatrem  Babydream, który był w promocji za 3,99zł. Miał całkiem przyjemny skład, więc wylądował w koszyku. 
Używam go codziennie na noc i jestem zachwycona! Moja skóra rano jest aksamitnie gładka, uspokojona, bez suchych skórek. Krem ma ciężką konsystencję, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Ok. 5zł/75ml


Bez balsamu i masła do ciała po kąpieli u mnie ani rusz! 
A że mój waniliowy balsam Dove powoli się kończy, w Rossmannie kupiłam  dla odmiany Wygładzające mleczko dla skóry suchej z masłem shea Nivea, Bardzo je lubię! Ma przepiękny zapach i całkiem nieźle odżywia moją skórę. Ok. 16zł/400ml


Przy kasie do zakupów dorzuciłam jeszcze buteleczkę mojego ulubionego zmywacza do paznokci. Skutecznie zmywa lakier, nie wysusza płytki ani skórek, pozostawia przyjemny zapach i  jest wydajny i niedrogi. Polecam! 2,99zł


Od kilku lat stosuje delikatną pielęgnację włosów, szczególnie w kwestii szamponów. Kupuję na przemian te z Green Pharmacy, Alterry czy Babydream. Jednak kiedy nadszedł czas szalików moje włosy zaczęły się dramatycznie plątać tworząc wielkie kołtuny, których rozplatanie kosztowało sporo nerwów, czasu i...włosów. 
Postanowiłam zmienić na zimę szampon na bardziej chemiczny. Padło na Gliss Kur. Mam sentyment do tej marki, bo używałam ich kosmetyków kilka lat temu i je uwielbiałam. Szczególnie szampon do włosów rozdwajających się i (chyba, bo nigdzie go nie widuję) wycofany już różany. Jednak w Hebe natrafiłam na zestaw Szampon + Odżywka Gliss Kur Ultimate Oli Elixir do włosów łamliwych. Jako gratis dostałam szklany pilniczek. 
Troszkę się bałam tego szamponu -  na KWC ma różne opinie i poza tym jest perłowy - a na moich włosach najlepiej sprawdzają się szampony przezroczyste. Jednak jestem już po pierwszy zastosowaniu tego zestawu i nie jest źle! No i co najważniejsze włosy ocierając o szalik już się nie plączą. Cena zestawu: 14,99zł

Do zakupu nowego pędzla do różu zabieram się już od dawna. 
W końcu zdecydowałam się na pędzel Ecotools. Jeszcze go nie miałam okazji używać,ale jest bardzo miękki i puszysty co dobrze wróży. Ok. 25zł w Hebe.
 

I obowiązkowo zapas mydełek Dove. Akurat były w promocji  w Hebe za 2,69zł. Wzięłam moje ulubione waniliowe Shea Butter i klasyczne.


Kiedy zobaczyłam reklamę Lidla mówiącą o książkach kucharskich Karola Okrasy i Pascala Brodnickiego, które można dostać gdy zrobi się zakupy na łączoną kwotę 300zł (dostawało się znaczki za każde wydane jednorazowo 50zł) pomyślałam no way! Jak uzbierać tyle znaczków w krótkim czasie?! Na szczęście okazało się, że ta akcja trwa nieco dłużej niż sądziłam.
Uwielbiam ten sklep, podobnie jak moi bliscy i wspólnie uzbieraliśmy znaczki na tę książkę kucharską. Właściwie, zaangażowanie było na tyle spore, że niewiele nam brakuje żeby odebrać drugą... 


Książka jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Pozytywnym!
Jest przepięknie wydana i ma rewelacyjne przepisy zarówno na dania odświętne jak i te codzienne. Jestem pod wrażeniem!

Jeżeli śledzicie moje wpisy, być może pamiętacie, że jestem serialoholiczką.
A że wszystkie seriale, które śledzę na bieżąco maja zimową przerwę poszukałam sobie czegoś na zastępstwo. 
Padło  na Under the Dome (Po kopułą) - oparty na książce Stephena Kinga o tym samym tytule. Serial opowiada o małym miasteczku w USA, na które opada przezroczysta kopuła odradzająca mieszkańców od reszty świata. 
Mieszkańcy próbują rozwiązać zagadkę tego dziwnego zjawiska oraz poradzić sobie w nowej sytuacji. Przy okazji na światło dzienne wychodzą skrywane tajemnice.
Serial oglądałam z zaciekawieniem, jednak nie trzyma mocno w napięciu. Ot, serial idealny na zimowe wieczory.
Muszę się przyznać, że nigdy nie czytałam żadnej powieści Stephena Kinga. Oczywiście słyszałam, że pisze rewelacyjnie książki, ale jakoś zawsze nie było mi z nimi po drodze. Jednak po obejrzeniu pierwszego sezonu Under the dome, stwierdziłam, że sięgnę po jedną  z powieści tego autora. Wybrałam Miasteczko Salem.
W prowincjonalnym amerykańskim miasteczku zaczynają dziać się rzeczy niepojęte i przerażające. Znikają bądź umierają w dziwnych okolicznościach dzieci i dorośli, jedna śmierć pociąga za sobą drugą. Czyżby Salem było nawiedzone przez złe moce? Kilku śmiałków, którym przewodzi mały chłopiec, wydaje im pełną determinacji walkę. (Żródło opisu i jak i zdjęcia okładki: lubimyczytac.pl)
Przeczytałam co prawda dopiero 1/3 książki, ale mogę przyznać, że wciągnęła mnie bez reszty. Czyta się ją rewelacyjnie! W ogóle nie sądziłam, ze książka może mnie przestraszyć (Miasteczko Salem to horror) - myliłam się! Już natrafiłam na kilka niepokojących sytuacji. Chyba sięgnę po więcej książek Stephena Kinga. 

A co u Was nowego? 

środa, 18 grudnia 2013

Lovely Serum wzmacniające z wapniem i wit. C, czyli o tanim i skutecznym ratunku dla zniszczonych paznokci


Zazwyczaj nie mam większych problemów z paznokciami. 
Są twarde i jedyne z czym się regularnie borykam to rozdwajanie płytki. Chociaż, nie wiem czy to ma sens, ale gdy zmieniłam kształt paznokci z kwadratowych na migdał, o wiele rzadziej się buntują. 
Lecz gdy kondycja moich pazurków pozostawia wiele do życzenia (lub po prostu - o ile o tym pamiętam - profilaktycznie), sięgam po moje ulubione serum wzmacniające Lovely z wapniem i wit C. Wracam do niego od lat! Tylko ten specyfik potrafi postawić moje paznokcie na nogi (?)  tak szybko i tak porządnie.


Serum zamknięte jest w małej, pękatej szklanej buteleczce a'la beczułka.
Kosmetyk w przeciwieństwie do wielu odżywek do paznokci ma konsystencję płynno-żelową, aplikuje się go pędzelkiem, który ma nieco niewygodny trzonek (płaska zakrętka), ale szybko można się do niego przyzwyczaić. Jest bardzo wydajny!
Po nałożeniu serum trzeba odczekać kilka minut na wchłonięcie preparatu przez paznokcie. 


Zdecydowanie poprawia kondycję paznokci. Zero rozdwajania, przebarwień czy wysuszenia płytki. Mam wrażenie, że paznokcie stają się mocniejsze, szybciej rosną oraz są bardziej błyszczące i odporne na złamania. 
Serum stosuję pomiędzy zmianami lakierów na paznokciach, czyli 1-2 razy w tygodniu. 


Podsumowując: Polecam! Nie znam lepszej odżywki do paznokci - na pewno w tej cenie, bo to serum możemy dostać w Rossmannie za ok. 6zł. Wystarcza naprawdę na długo. Szczerze mówiąc, gdy kupowałam je po raz pierwszy, nie spodziewam się aż tak rewelacyjnych efektów. 
Przeglądając KWC na Wizażu, widzę, że nie tylko ja jestem zachwycona działaniem tego kosmetyku.

Znacie Serum wzmacniające z wapniem i wit C Lovely ?

wtorek, 17 grudnia 2013

Co nieco o kosmetykach z listopadowego ShinyBoxa


Listopadowe pudełko ShinyBox jest moim zdaniem najlepsze z tych dotychczasowych, których zawartość miałam okazję poznać i testować.
To pudełko podniosło wysoko poprzeczkę następnym!

Każdy z kosmetyków z listopadowego Shiny przypadł do gustu mi i mojej kapryśnej zimową porą skórze. 
Ale po kolei!


AA Body Care program Odżywczy balsam do ciała  - bardzo dobrze spisywał się na mojej suchej skórze. Świetnie wygładza i nawilża, a jedyne czego mi w nim brakuje to...zapach. Pomimo tego, że mam wrażliwą skórę, to lubię pachnące kosmetyki to ciała.


Bingospa Maska do twarzy ze 100% olejem ryżowym - miałam co do niej dobre przeczucia, bo to rewelacyjna maska! Cieszę się, że trafiła do mnie wersja z olejem ryżowym, bo jest ona przeznaczona dla cery suchej i delikatnej. Ma konsystencję budyniu i delikatny zapach. Dobrze rozprowadza się na skórze i szybko wchłania. Twarz po jej użyciu jest mięciutka, wygładzona i nawilżona. Cudo!


Cień mineralny La Rosa nr. 60 Jadeite - nigdy nie miałam cieni sypkich, więc z jednej strony trochę się ich obawiałam, ale z drugiej byłam bardzo ciekawa. Trafił do mnie cień w kolorze grafitowo-brązowym. Idealnie pasuje do moich zielonkawych oczu! Pięknie wygląda w załamaniu powieki, jest mocno napigmentowany i nie sprawia problemów w aplikacji. Myślę, że doczeka się osobnego posta.



La Rosa Lakier nr 106 - przepiękny lakier w kolorze głębokiej czerwieni. Mocno napigmentowany, bardzo trwały - bardziej się ściera niż odpryskuje. Z Seche Vite tworzy wręcz niezniszczalny duet. Wkrótce pokaże go w akcji.

Bardzo zaintrygowała mnie firma La Rosa!


Mariza puder ryżowy - produkt trafiony w 10, bo akurat poszukiwałam pudru sypkiego. Nie bieli twarzy, matuje, czasami aż za mocno - dlatego używałam go z umiarem na mojej twarzy sucharka. Świetny produkt, ale opakowanie bywa niebezpieczne, a dokładniej sitko (o czym na szczęście w porę mi napisała Fiołek88 - dziękuję raz jeszcze! ) - chwila nieuwagi i można wysypać cały puder. 


Z dołączonych próbek zużyłam krem Corine de Farme, wystarczył mi na jakieś 3 razy i bardzo mnie zaintrygował! Bardzo dobrze nawilżał i wygładzał moją skórę. 
Wiecie może gdzie mogłabym dorwać kosmetyki tej marki? Najlepiej stacjonarnie.

Jestem bardzo zadowolona z zawartości tego pudełka! 


Znacie kosmetyki z listopadowego Shiny?

piątek, 13 grudnia 2013

Już jest! Grudniowy ShinyBox


Listopadowy ShinyBox podbił porzeczkę następnym pudełkom bardzo wysoko (o czym już wkrótce napiszę), dlatego po tym grudniowym spodziewałam się naprawdę wiele. Wiem też że w tym miesiącu zawartość pudełek mogła się od siebie różnić.

Zatem co tym razem kryje grudniowy ShinyBox? 
Sprawdźmy!


Tym razem pudełko ma świąteczny design.
A w środku znalazłam pięć pełnowymiarowych kosmetyków:


Masło do ciała Farmona - to ono z racji gabarytów rzuciło mi się najpierw w oczy. Z jednej strony super- maseł do ciała nigdy mi mało, ale obawiam się nieco zapachu: zielona herbata & limonka. Nie lubię zapachu cytrynowych w kosmetykach. No ale zobaczymy!

Organique Peeling enzymatyczny - do mnie trafił peeling z serii Basic Cleaner ( była opcja peeling/tonik/żel) z czego ogromnie się cieszę, bo nie zliczę ile czasu już przymierzam się do zakupu peelingu enzymatycznego! Pachnie przyjemnie, przetestuje go lada dzień.

Anatomicals Błyszczyk do ust - trafił do mnie pielęgnacyjny błyszczyk do ust i teraz mam dwa produkty do ust w jednym pudełku. Ale  nie narzekam bo wszelkie kosmetyki pielęgnacyjne (i nie tylko) do ust uwielbiam i znikają u mnie w tempie błyskawicznym. Poza tym nie znam tej marki, więc chętnie ją sprawdzę

L'oreal Glam Shine - ...czyli drugi produkt do ust, z którego cieszę się bardzo! Po pierwsze nigdy nie miałam tych popularnych błyszczyków, a po drugie trafił do mnie w pięknym czerwono-pomarańczowym kolorze

Marion Bibułki matujące z puderm -  nie mam tłustej cery, mam bardzo suchą, ale może te bibułki sprawdzą się również na mojej skórze.

Pudełko udane, pięć pełnowymiarowych produktów, ale po rewelacyjnym listopadowym czuję lekki niedosyt. 
Jestem bardzo zadowolona szczególnie z kosmetyku L'oreal i Organique. Troszkę obawiam się zapachu masła, ale ma na drugim miejscu w składzie masło Shea więc myślę, że się polubimy. Bibułki będę testować pierwszy raz w życiu, więc jestem ich bardzo ciekawa. Podobnie jak balsamu Anatomicals, bo kosmetyków tej marki nie znam zupełnie.

A jak Wam podoba się grudniowy ShinyBox?

wtorek, 10 grudnia 2013

L'oreal Power Volume Collagen, czyli przepis na rzęsy jak firanki

Naprawdę rzadko eksperymentuje z nowymi tuszami do rzęs. 
Od idealnej maskary wymagam mocnego pogrubienia, podkręcenia i ewentualnie wydłużenia (ewentualnie- dlatego, że mam naturalnie długie rzęsy, ale dodatkowymi milimetrami nie pogardzę).

Zazwyczaj trzymam się dwóch marek ( a tak naprawdę jednej): Maybelline i L'oreal
Po masakry tej drugiej marki sięgam rzadziej, ale ostatnio udało mi się wyłowić perełkę!
Mowa o tuszu Power Volume Collagen, który (o ile dobrze pamiętam) kupiłam dobre kilka miesięcy temu na allegro.

Tusz zamknięty jest w czarnym, klasycznym opakowaniu.

Power Volume Collagen ma bardzo dużą, włochatą szczoteczkę przypominającą kształtem klepsydrę. Jak już wspomniałam jest dosyć spora i trzeba nauczyć się nią manewrować, szczególnie w kącikach oczu, ale nie jest to nic trudnego i szybko się do niej przyzwyczaiłam.

Z maskarami u mnie zazwyczaj jest podobnie jak z winem - im starsze tym lepsze! Tzn. na początku tusz zazwyczaj jest dla moich rzęs odrobinę za rzadki (zdarza się, że robi owadzie nóżki), ale po ok. 2-3 tygodniach codziennego używania delikatnie gęstnieje i staje się taki jak być powinien. Co ciekawe Power Volume Collagen ma idealną konsystencję zaraz po otwarciu! Rewelacyjnie pokrywa rzęsy, przepięknie je pogrubia i mocno wydłuża. Pod tym względem ideał, po prostu efekt sztucznych rzęs! Jedyne czego mi w nim brakuje to mocniejszego podkręcania, co zresztą widać na zdjęciu - musicie uwierzyć mi na słowo w to mocne wydłużenie i cudowny efekt firanek, bo zdjęcie tego nie oddaje, właśnie przez niedostateczne podkręcanie.

Tusz jest trwały, nie kruszy się, nie rozmazuje i nie sprawia żadnego problemu w demakijażu.


Podsumowując: Gorąco polecam! Zużyłam już dwa opakowanie i wiem, że na pewno będę do niego wracać. Cudnie pogrubia i wydłuża rzęsy, nieskromnie przyznam, że zbieram sporo komplementów gdy nosze go na rzęsach. 
Co prawda w Polsce raczej nie dostaniemy Power Volume Collagen stacjonarnie (jeżeli wiecie coś na ten temat proszę o info!), ale wydaję mi się, że jest on sprzedawany w szafie L'oreal pod nazwą Mega Volume Collagen. Moje podejrzenia opieram na niemal identycznym opakowaniu i ... nazwie. 

Lubicie tusze L'oreal?
Jakie są Wasze ulubione drogeryjne maskary?

wtorek, 3 grudnia 2013

Cosmabell SPA Foot Peel - magiczne skarpetki?


Odkąd pamiętam mam problem ze skórą stóp.
Przesusza się w rekordowym tempie i  szybko rogowacieje. Dlatego gdy firma Cosmabell zaproponowała mi przetestowanie ich produktu - skarpetek do głębokiego peelingu stóp - stwierdziłam, że warto dać mu szanse. Nie ukrywam, że wpłynęła na to nie tylko wybitna problematyczność mojej skóry stóp, ale także pozytywne recenzje jakie znalazłam w internecie. 
No i ciekawość - czy to zadziała na moich trudnych w pielęgnacji stopach?


Skarpetki SPA Foot Peel oraz naklejki ułatwiające dopasowanie ich do naszych stóp otrzymujemy zapakowane w grubą, szczelną folię. A całość znajduje się w kartonowym pudełku z szczegółowa instrukcją i innymi informacjami.


Skarpetki wyglądają trochę jak szpitalne bambosze na obuwie. W środku znajduje się płyn.
Zastosowałam się do instrukcji zamieszonej na opakowaniu, czyli "otworzyłam" skarpetki, nałożyłam na czyste i suche stopy. Nie popełnijcie mojego błędu i koniecznie zmyjcie lakier do paznokci, bo skapretkowy płyn go rozpuści brudząc stopy! 
Dopasowałam skarpetki do stóp za pomocą dołączonych naklejek, założyłam grube skarpetki, wskoczyłam pod koc z książką na prawie dwie godziny. Na początku odczuwałam lekki chłód, a pod koniec delikatne mrowienie.


Po tym czasie zdjęłam peelingowe bambosze i opłukałam stopy. 
Następnego dnia wymoczyłam stopy i czekałam. Po ok 3 dniach rozpoczeło się złuszczanie. Najpierw nieśmiało zaczęła łuszczyć się skóra w okolicach palców wierzchniej strony stopy. 
W okolicach 5 dnia złuszczanie zaczęło się na całego! Lawinowo! Wiem już co czuje wąż gdy zrzuca skórę. Przez cały ten czas chodziłam w skarpetach, chodzenie bez nich nie wchodziło w grę. 
Nie robiłam zdjęć w czasie złuszczania, bo stopy wyglądały bardzo nieciekawie, skóra schodziła na całej powierzchni.  Myślę, że Wasze poczucie estetyki mogłoby mocno ucierpieć.

Złuszczanie zakończyło się ok. 9 dnia od sesji skarpetkowej
Wynik? Nie pamiętam żebym kiedykolwiek miała takie gładkie i miękkie stopy! Peeling usunął martwy naskórek z całych stóp. Spodziewałam się jednak odrobinę mocniejszego zmiękczenia. 
Jestem bardzo zadowolona i... mocno zaskoczona, bo nie spodziewałam się aż tak dobrego efektu na moich bardzo wymagających stopach. 
Nie widzę minusów tego produktu - poza jednym - wysoką ceną 79zł.
Ale o ile się nie mylę pedicure w salonie kosmetycznym kosztuje podobnie, lub nawet więcej. A tak mamy dogłębny peeling całych stóp w naszym zaciszu domowym. Szczególnie gdy mamy tak niewspółpracującą skórę stóp jak moja.


Znacie skarpetki peelingujące?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...